Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia

PRASA – UWAGI OGÓLNE

Media mają wielką moc. Nieprzypadkowo mówi się o nich czwarta władza. We współczesnych, demokratycznych społeczeństwach poparcie wpływowych, kształtujących opinię publiczną mediów może decydować o upadkach rządów i innego rodzaju przetasowaniach na szczytach władzy. Sytuacja taka, jak wszystko niemal na tym świecie, ma swoje dobre i złe strony. Po stronie pozytywów zaliczyć należy możliwość kontroli władzy, patrzenia jej na ręce i rozliczania z podejmowanych działań. Działalność dziennikarzy uparcie tropiących najmniejsze nawet przejawy nieuczciwości czy korupcji wśród polityków mobilizuje ich do uczciwości i podejmowania decyzji zgodnych z racją stanu i interesem ogółu, a nie partykularnymi korzyściami. Z drugiej jednak strony, nieustanna obecność mediów wymusza w kręgach elit władzy zachowania, których nadrzędnym ich celem jest kreowanie własnego wizerunku, a walka o społeczne poparcie i wysokie notowania w sondażach staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do celu, którym winno być sterowanie państwem w duchu rozwoju i zmian na lepsze.

Wiemy, że tzw. mass media nie towarzyszą człowiekowi od zarania jego dziejów. Do ich powstania potrzebne było kilka czynników. Jeden z nich – powstanie nośnika umożliwiającego dotarcie do szerokiego grona odbiorców – został rozwiązany w 1450 r., kiedy Jan Gutenberg wynalazł ruchome czcionki drukarskie pozwalające na wielokrotne powielanie jednego tekstu. Z czasem cena książek spadła, a grono ich odbiorców (a także odbiorców rozmaitych broszur, ulotek, odezw) znacznie się powiększyło. Aby jednak mówić o powszechności czytelnictwa, spełniony musiał zostać drugi warunek – powszechna umiejętność czytania i pisania. Ta stała się faktem w XVIII wieku, w dobie oświecenia, kiedy to szczególną wagę przywiązano do szkolnictwa. W wielu państwach wprowadzono powszechny obowiązek szkolny. Pionierem były tu Prusy, gdzie stosowne ustawy wydano już w 1717 r. Analfabetyzm był w XIX wieku coraz rzadszy (co nie znaczy, że całkowicie zaniknął – o takiej sytuacji w Europie możemy mówić dopiero w II połowie XX wieku). Skoro zostały spełnione odpowiednie warunki: istniał nośnik przekazywania informacji do szerokiego grona i duża grupa odbiorców, przygotowana do korzystania z niego, media mogły zacząć się rozwijać.

Pierwszym masowym medium była prasa. Jej siła stale rosła, by pod koniec XIX wieku stać się potężnym orężem kształtowania ludzkich postaw i opinii. W 1855 roku doszło (być może po raz pierwszy w dziejach) do sytuacji, gdy z powodu pogarszających się notowań opinii publicznej doprowadzono w Europie do zmiany rządu. Zaangażowana w wojnę krymską Wielka Brytania ponosiła ciężkie straty na czarnomorskim froncie. Brytyjczycy, dzięki pracy korespondentów wojennych i codziennym artykułom relacjonującym przebieg walk pod Bałakławą czy Sewastopolem, wiedzieli, jak ciężką daninę krwi ponoszą ich żołnierze w konflikcie na antypodach Europy. Notowania gabinetu George’a Hamiltona Gordona lorda Aberdeen spadały, aż w końcu w premier podał się do dymisji. Jego następcą został Henry Temple lord Palmerston, znany z powiedzenia, iż Wielka Brytania nie ma wiecznych przyjaciół ani wrogów, a jedynie wieczne interesy. Palmerston nie tylko nie zmienił polityki poprzednika, ale konsekwentnie dążył do wspólnego z sojusznikami pokonania Rosji, i cele te zrealizował w 1856 r., kiedy to po upadku twierdzy Sewastopol car zmuszony został do podpisania niekorzystnego dla siebie pokoju. Marzenia Rosji o kontroli Morza Czarnego i wciągnięciu Bałkanów w swoją orbitę wpływów nie zostały zrealizowane. Interesy Wielkiej Brytanii zabezpieczono, jednak odtąd kolejne gabinety musiały mieć na uwadze, co się o nich pisze i jak są oceniane przez opinię publiczną.

Nie jest jednak żadną tajemnicą, że nie wszystkim informacjom medialnym można ufać. W czasach PRL furorę robiło hasło „telewizja kłamie”, które miało oznaczać, iż nie można ufać podawanym w niej wiadomościom. Celem telewizji nie było bowiem rzetelne przekazywanie informacji, lecz podawanie wyselekcjonowanych faktów w taki sposób, by służyło to interesom władzy. Zjawisko wykorzystywania przez władzę mass mediów do kontroli społeczeństw i trzymania ich w ryzach, zwane propagandą, jest tak stare jak same media. Można je było zaobserwować również w prasie polskiej w dobie powstania styczniowego.

Gdyby wydarzenia lat 1863-1864 badać wyłącznie na podstawie prasy tego okresu, badacz musiałby szybko dojść do całkowitej konfuzji. Jego obraz bowiem zupełnie inny był w gazetach ukazujących się na terenie Królestwa Polskiego, a inny w zaborze pruskim czy Galicji. W Królestwie od klęski powstania listopadowego obowiązywała cenzura, a obieg niezależnej, niekontrolowanej przez rząd informacji był bardzo utrudniony. Z kolei w dawnym Wielkim Księstwie Poznańskim i Galicji (mimo, że to jeszcze okres przed wprowadzeniem szerokiej autonomii) panowała większa swoboda wypowiedzi. Stąd też obrazy styczniowej insurekcji w prasie zaboru rosyjskiego, pruskiego i austriackiego różnią się diametralnie.

Oczywiście pogłębiona i kompleksowa analiza zagadnienia sposobów przedstawiania powstania styczniowego na łamach prasy polskiej znacznie wykracza poza ramy niniejszego artykułu. Taka analiza mogłaby być przedmiotem co najmniej pracy doktorskiej. Postaramy się jednak naszkicować ten ciekawy wątek dziejów powstania 1863 r., biorąc na warsztat przede wszystkim dwa dzienniki: stołeczny „Kurier Warszawski” oraz „Dziennik Poznański” i kilka wybranych zdarzeń z dziejów styczniowego zrywu.

Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia.

BRANKA

Wydarzeniem, które przyspieszyło wybuch powstania, przygotowywanego w konspiracji przez dwa lata, ale planowanego najwcześniej na maj 1863 r., była branka. Ten przymusowy pobór do wojska zapowiedziany został w październiku 1862 r., a jego dokładna data nie została podana do wiadomości. Brankę w Warszawie przeprowadzono w nocy z 14 na 15 stycznia. Jak przebiegał pobór? W świetle prasy z zaboru rosyjskiego spokojnie i bez zarzutu. Przytoczmy łamy urzędowego pisma „Dziennik Powszechny”, na które często będzie się powoływał „Kurier Warszawski”:

Dnia 15 b. m. w godzinach rannych od 1-ej do ósmej odbywał się w Warszawie pobór do wojska w zupełnym porządku i z zachowaniem spokojności. Pojedynczy nawet opór napotykać się nie dał i od lat trzydziestu nie było przykładu, aby popisowi okazywali tyle ochoty i dobrej woli. W salach na ratuszu i w cytadeli, gdzie spisowi z wszelką starannością o ich wygodę są umieszczeni, dają się widzieć najlepsze, a nawet wesołe usposobienia. U wielu z nich dało się słyszeć z uskarżaniami na wichrzenia ludzi bezrządu.(…) Wielu też z popisowych oświadczało radość, że w szkole porządku, jaką dla nich będzie służba wojskowa, będą mogli z dręczącej dla nich bezczynności i bałamutnego życia wyswobodzić się. (…) wiele też osób na pobór w mieście Warszawie wykazanych, a które (…) przy brance znalezione nie zostały, zgłasza się teraz dobrowolnie do władzy. (…) Tak pomyślny w stolicy wypadek tej ważnej czynności każe się spodziewać, iż ona na prowincji także w podobny sposób się odbędzie i że tam również knowania wichrzycieli do wywołania zaburzeń dążące, okażą się bezskuteczne. [1]

Autorem artykułu był sam margrabia Wielopolski, naczelnik Rządu Cywilnego i architekt polityki „przecięcia wrzodu” – zniszczenia struktur konspiracyjnych i zapobieżenia powstaniu poprzez przymusowy pobór do wojska osób wyznaczonych na specjalnych listach (na których znaleźć się mieli członkowie spisków rewolucyjnych i potencjalni powstańcy). Tekst ten wywołał jednak oddźwięk odwrotny od zamierzonego. Paweł Jasienica nazwał go „propagandowym parawanem mającym zasłonić widok porażki” [2]. Istotnie, dzięki innym źródłom i relacjom historyków wiemy, że prawdziwy obraz branki był zgoła odmienny. O tym, jak wielkie przygnębienie wywołała branka w wielu warszawskich rodzinach i jaką była tragedią dla rekrutów, odrywanych na długie lata od rodzin i domów, więcej powiedzieć może nam relacja liberalnego i nie krępowanego tak rządowymi obostrzeniami „Dziennika Poznańskiego”:

W nocy z dnia 14 na 15 t.m. rozpoczęty i dokonany obór w całym mieście Warszawie. Liczba wziętych do wojska nie wiemy i Bóg wie, czy ona wiadoma nam się stanie, liczba musi być jednakże bardzo znaczna. Prawie nie ma domu, który by ominięto. (…) Najliczniejszą gromadę spędzono z Powiśla, z okolic Solca, Tamki, zamieszkanych przeważnie przez biedną ludność rzemieślniczą. Podobne ofiary dało Stare Miasto. (…) Prócz tych, których wzięto, policja poszukiwała wiele innych, którzy przed poborem się chroniąc, miasto opuścili. Liczba tych poszukiwanych, o ile nam wnosić wolno z wieści podanych, równa się prawie liczbie wziętych. Ani wiek, ani stosunki i obowiązki rodzinne, jedynactwo, ojcostwo, od poboru nie chroniły. Wiemy takich wielu, którzy od rodziny licznej, od kilkorga dzieci oderwano, i wielu takich, którzy z dawna lata popisowe przeszli, a których wraz z innymi do cytadeli zapędzono. (…) wielu urzędników kolei wiedeńskiej uległo brance. Ze szkoły głównej wzięto trzech. (…) na mieście żydowskim płacz i lament. Żydzi, jak wiadomo, żenią się bardzo młodo (…), toteż dotkniętych poborem większość znaczna rodziny biedne po sobie zostawia.(…) Obrazków rozpacznych nie jesteśmy w stanie opisać. (…) Za każdą gromadą szereg matek, żon, dzieci, łkaniem, płaczem i przekleństwami świadczących o swojej rozpaczy. (…) Usiłowania oporu czynnego tu i ówdzie miały miejsce. Na Starym Mieście rzemieślnik jakiś toporem poranił biorących go żołnierzy(…) Obrazu miasta dać nie podobna słowem. Rzec można – Warszawa cała rozpłakana. (…) Zza miasta i z prowincji żadne dotąd wieści do nas nie doszły. Czy pobór i tam równocześnie się odbywa, nie wiemy. Wątpimy, aby tak bezopornie i bezkarnie jak w Warszawie dziać się mógł. Liczne gromady młodzieży warszawskiej uszły przed poborem na wsie, jak mówią, z zamiarem stawiania tam gromadnego oporu. Drobna szlachta po wsiach szlacheckich głośno rozpowiada, że brać się nie da. [3]

Z tego obszernego fragmentu widać też, iż pobór wcale nie przebiegał sprawnie. Znacznej części młodzieży przewidzianej do wojska listami Wielopolskiego nie udało się ująć: zbiegła zawczasu do lasów kampinoskich i serockich. Zdarzały się przypadki stawiania oporu, nawet czynnego. Płacz i lament towarzyszył wielu niczego się nie spodziewającym rekrutom. Nic dziwnego, że nastroje wśród mężczyzn objętych poborem były minorowe. Wbrew temu, co pisał Wielopolski, w Cytadeli panowała apatia i przygnębienie. Wrażenia jednego z księży odwiedzającego poborowych opisał w swoich pamiętnikach ówczesny biskup płocki Wincenty Popiel:

Kiedy tam wszedł po raz pierwszy, zastał prawdziwie niesforną tłuszczę. Ci płaczą, tamci namiętnie grają w karty, ktoś tęsknie patrzy w okno i nuci piosenkę. Krzyk i hałas nieznośny, jakby ci ludzie przeszli w stan barbarzyństwa. Niektórzy podpici, ze spojrzeniem zwierzęcym. [4]

To, że nie wszystko poszło zgodnie z planem, daje się wyczytać między wierszami i pewnie wbrew intencjom autora w komunikacie „Kuriera Warszawskiego”, zamieszczonym w kolejnych dniach. „Kurier” przypomina tam, że za jakiekolwiek utrudnienia w przeprowadzeniu poboru na prowincji lokalne władze będą surowo karane. Czytamy:

Z powodu nakazanego częściowo poboru do wojska, stronnictwo bezrządu tajnymi drogami rozesłało wezwania do niektórych naczelników powiatów, burmistrzów i wójtów gmin, aby do wykonania tej czynności pomocy nie udzielali. Doświadczenie przy dopełnionym onegdaj poborze w Warszawie osiągnięte, utwierdza władzę w powziętym przekonaniu, że urzędnicy wszelkiego stopnia, wierni swym obowiązkom, ani się uwieść, ani groźbami zachwiać nie dadzą, wszelako za stosowne uważa się ostrzec, że urzędnicy, którzy by ściśle nie spełnili swoich powinności, oprócz kar spadających na nich z [właściwych] artykułów (…) ulegną jeszcze odpowiedzialności za popieranie knowań, czynny i zbiorowy opór przeciwko władzy. [5]

W rozważaniach naszych skupimy się na stanowiskach Kuriera Warszawskiego i Dziennika Poznańskiego. Warto przypomnieć jednak, że nie były to jedyne gazety ukazujące się wówczas na ziemiach polskich. Historycy powstania styczniowego pozwalają sobie często na cytowanie krakowskiego dziennika „Czas”. Było to pismo konserwatywne, poglądy jego redakcji zbliżone były do poglądów białych. Przez pewien czas warszawskim korespondentem „Czasu” był Agaton Giller, przedstawiciel (ktoś powiedziałby – agent) białych w Rządzie Narodowym w początkach powstania. „Czas” nie pochwalał wybuchu powstania, widział w nim zagrożenie dla narodu polskiego, nie pisał o nim z bezkrytyczną sympatią. Mimo to relacje krakowskiego dziennika dalekie są od zapiekłego zwalczania powstania, charakterystycznego dla pism warszawskich. Oto, jak „Czas” omawia brankę:

Poruszenie umysłów w Warszawie jest wielkie. Niepewność, w jakiej rząd postawił wszystkich mężczyzn, bez różnicy wieku, spowodowała liczne bardzo wyjazdy (…) W hotelu paryskim przyszli brać stangreta, który wolał sobie życie odebrać niż w wojsku rosyjskim służyć. Pewna matka starozakonna policjantowi, który przyszedł brać jej syna, wydrapała oko. Na Nowolipiu młody rzemieślnik rzucił się na policjantów chcąc, żeby go zabili (…)Wielu pokrępowano postronkami i tak ich pędzono do Cytadeli. Idąc, otoczeni wojskiem, śpiewali Boże coś Polskę lub Jeszcze Polska nie zginęła. (…) Po proskrypcji, będącej niesłychanym gwałtem przypominającym najstraszniejsze w historii ludzkości, śmią prawić organa rosyjskie bezwstydnie o autonomii Kongresówki? [6]

Pobór oburzył wszystkie umysły, obawiają się też smutnych wypadków, które daj Boże, żeby krwią kraju nie oblały. Rozpacz niektórych ogarnia, a rozpacz jest złym doradcą. Najwidoczniej rząd rosyjski gwałtem przez siebie dokonywanym chce popchnąć do rozpacznych kroków, pragnąc wywołać wybuch, który stłumiony, mógłby zarazem osłabić ducha narodowego. [7]

(2)Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia.

WYBUCH POWSTANIA

Obieg informacji w XIX wieku nie był tak zawrotny, jak w czasach szerokopasmowego Internetu, smartfonów, tabletów czy innych gadżetów, pozwalających na niemal nieustanne śledzenie tego, co dzieje się w dowolnym zakątku świata. Dziś informacje docierają do odbiorców w czasie rzeczywistym. W stuleciu węgla i pary na najświeższe wiadomości trzeba było chwilę poczekać. W nocy z 22 na 23 stycznia miały miejsce pierwsze powstańcze potyczki, jednak wielkomiejski czytelnik, pijąc kawę i jedząc poranną bułeczkę 23, a nawet 24 stycznia rano, mógł nie zdawać sobie sprawy z faktu, że narodowe wystąpienie właśnie się zaczęło. „Dziennik Poznański” napisał o niepokojach w Królestwie dopiero pięć dni po oddaniu pierwszych wystrzałów. Nawet wtedy jednak jego redaktorzy nie do końca zdawali sobie sprawę, jaki charakter mają walki i czy jest to tylko zbrojna manifestacja sprzeciwu wobec branki, czy też zaczyn narodowego zrywu:

Zdaje się, że wybiła dla nieszczęsnego Królestwa Kongresowego godzina nowych krwawych i nierównych zapasów zrozpaczonej ludności z przemocą rosyjską. Do chwili, kiedy te słowa kreślimy, nic pewnego nam nie wiadomo ani o szczegółach, ani nawet o istotnym charakterze wypadków tamtejszych (…) komunikacja telegraficzna z Warszawą przerwana. (…) Jak słyszymy, nadeszła tu z Torunia wiadomość, że w Królestwie Polskim, zapewne wskutek branki, wybuchły bunty (Revolten). Z wszystkich tych bardzo szczupłych i ogólnikowych danych nie można jeszcze nawet bliżej oznaczyć charakteru wypadków: jestli to usiłowanie powszechnego powstania na dobre, alboliteż rozpaczliwa tylko protestacya nieszczęsnych proskrybowanych, którzy przedkładają krwią swoją i ofiarą życia wołać do Boga, że im się od tyranii moskiewskiej straszna dzieje krzywda. Pierwsza alternata, to jest alternata, iż to, co się dzieje, jest zakusem zbrojnego, powszechnego powstania na dobre, widzi nam się dotąd całkiem nieprawdopodobną. (…) trudno mu rokować w tej chwili powszechny udział wszystkich warstw ludności, nie można liczyć na więcej jak 20 do 50 tysięcy powstańców, znajdzie się dla nich w różnych kryjówkach kilkanaście tysięcy sztuk broni. Cóż oni dokażą bez należytego odzienia zimowego, bez wojskowej organizacji, po całym rozproszeni kraju, przeciwko nieprzyjacielowi, który ma w swoim ręku cały organizm rządowy, Warszawę, twierdze zaopatrzone we wszystkie potrzeby wojenne i około 130 tysięcy żołnierzy dobrze zorganizowanego, wyćwiczonego i opatrzonego wojska do dyspozycji? Jedyną szansą tego powstania mogłoby być przejście części tego wojska na jego stronę, co jednak mimo zapowiedzi i życzliwych nam przechwałek rewolucjonistów rosyjskich, w najwyższym stopniu nieprawdopodobną nam się widzi… [8]

Mimo wszystko, zwrócić uwagę czytelnika musi tutaj znakomite rozeznanie poznańskich dziennikarzy i świetna orientacja w sytuacji wewnętrznej Królestwa Polskiego. Wszak doskonale, ze znajomością tematu i proroczą niemal intuicją punktują oni wszystkie bolączki, z jakimi potem będę musieli się zmagać kolejni cywilni i wojskowi przywódcy powstania i które ostatecznie doprowadzą do jego upadku.Konkluzje, do jakich dochodzą autorzy są smutne, gdyż:

…w tej alternacie, zakusu powstania na dobre, skłonni bylibyśmy obawiać się klęski nie tylko materialnej, ale i moralnej. Słabe bowiem powstanie bardziej demoralizuje i bardziej dyskredytuje, jak żadne. [9]

Lektura kilku tylko numerów „Dziennika Poznańskiego” ze stycznia 1863 r. pozwala na konstatację, iż znajdziemy tam nie tylko nieporównywalnie więcej informacji o przebiegu powstania, niż w prasie warszawskiej (choć, co na co trzeba zwrócić uwagę, nierzadko bywają to informacje nieprecyzyjne lub błędne), ale też znacznie więcej sympatii dla powstańców i dobrego słowa dla ich działań. I tak 26 stycznia pojawia się następujący passus, według krążących po Poznaniu pogłosek:

Piotrków i Kielce miały być w rękach powstańców (…) Płock ma już być wziętym, a zarazem 3000 wojska rosyjskiego wzięto do niewoli… [10]

…co, jak wiemy, nie było prawdą, gdyż żadne z tych trzech miast nie zostało przez powstańców zdobyte w pierwszych dniach walk.

(3)Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia.

28 stycznia 1863 „Dziennik Poznański” potwierdza wiadomości, iż wybuchło powstanie, słowami:

…dziś stanęliśmy oko w oko z ciężkim przesileniem politycznym, pod grozą przesilenia społecznego. Spisywanie życia staje się coraz trudniejsze, wydarzenia chaotycznie mieszają się (…) Na kraj rzucone hasło powstania. Komitet Centralny Narodowy ogłasza się rządem tymczasowym. Komitet nadaje darowizną włościanom gospodarzom grunta przez nich na czynszu lub okupie dzierżone. [11]

W komentarzu do tej informacji dominują pesymistyczne tony, wskazuje się na wszystkie bez wyjątku czynniki, które podważają racjonalność narodowowyzwoleńczego zrywu. Dziennikarze wymieniają: „…oto na hasło rzucone stanęły gromady po kraju całym z żądzą walki, z gotowością ofiary. Bez wodza, bez broni, bez komendy, bez silnej ręki…” [12]  na końcu zdradzając jednak sympatię do powstańców i nie odmawiają sensu ich działaniom, mimo braku nadziei na powodzenie przedsięwzięcia: „toteż walka, ona nam cenna świadectwem, jakie uczuciu gorącemu narodu daje.” [13] Warto podkreślić, iż poznański dziennik pisze wprost, iż jednym z pierwszych postanowień Komitetu Centralnego, który przekształci się w warunkach powstania w Rząd Narodowy, jest uwłaszczenie chłopów. Warszawskie gazety będą milczały o tym jak grób. W „Kurierze Warszawskim” nie pojawi się nawet cień wzmianki. Nic dziwnego, przecież uwypuklanie takich faktów mogłoby zachęcać do powstania, a przynajmniej skłaniać do przychylniejszego myślenia o nim. Zresztą, liberalny i sympatyzujący z powstańcami (pewnie zresztą nie zawsze piszący w sposób pożądany przez pruski rząd) „Dziennik Poznański” wytyka mediom z Warszawy, iż temat powstania starają się przemilczeć:

Warszawskie gazety nie wspominają ani słowem o wypadkach w Królestwie. Jedna tylko wspomina pomiędzy sprawozdaniami targowymi, że w piątek w Warszawie „na targu za Żelazną Bramą bardzo mały był dowóz. Z przyczyny deszczu gospodyń naszych widać nie było. Wyręczyły się służącymi”. [14]

I rzeczywiście, „Kurier Warszawski”, nie muszący przecież czekać na korespondencje i będący w centrum wydarzeń, po raz pierwszy odnotowuje, że coś się w ogóle wydarzyło, dopiero 26 stycznia, informując urzędowo, że:

Wielki Książę Namiestnik Jego Cesarsko- Królewskiej Mości w Królestwie Polskim. Mając na względzie nieporządki w wielu miejscach wynikłe, z Najwyższego upoważnienia, postanawia: Stan wojenny (…) przywraca się w Królestwie w zupełnej swej rozciągłości. [15]

Chciałoby się zadać pytanie, skąd tak długa zwłoka przy podaniu informacji o wybuchu powstania. Odpowiadając, możemy ograniczyć się jedynie do przypuszczeń. Być może chodziło tu o nadzieję, że niepokoje okażą się chwilowe, będą jedynie zbrojną oznaką desperacji przyszłych poborowych, i jako takie nie będą warte szerszych analiz? W każdym razie po pięciu dniach od wybuchu insurekcji „Kurier” musiał przyznać, że jednak walki trwają. Pisano o nich w sposób następujący:

W nocy z 22go na 23ci b.m. stronnictwo bezrządu usiłowało w różnych miejscach uderzyć na wojska w Królestwie konsystujące. Usiłowanie to wszędzie skutecznie stłumione, powagi prawa zachwiać nie zdołało. Winowajcy na wszystkich punktach ścigani i w znacznej liczbie już ujęci, ulegną skutkom praw wojennych. Według Najwyższego Jego Cesarsko-Królewskiej Mości rozkazu: Buntowników, którzy będą ujęci z bronią w ręku, sądzić na miejscu przestępstwa w drodze doraźnego, polowego, wojennego sądu, a wyroki śmierci co do nich wydane, zatwierdzać mają ostatecznie i wprowadzać w wykonanie naczelnicy wojenni okręgów. [16]

CHARAKTERYSTYKA DZIAŁAŃ POWSTAŃCZYCH OCZAMI PRASY PRORZĄDOWEJ

Jak dalej informuje „Kurier”: „W nocy z dnia 10go na 11ty (22 na 23) stycznia w wielu miejscach Królestwa Polskiego bandy buntowników napadły na stanowiska osobno rozmieszczonych oddziałów wojska. Bandy te uzbrojone były myśliwskimi strzelbami, rewolwerami, nożami, kosami itp.” – następnie ma miejsce, zgodne z prawdą, wyliczenie i krótkie omówienie potyczek, jakie tego dnia wydarzyły się w Królestwie: pod Płockiem, „…gdzie miał miejsce napad nocny, który odparty został. Zabitych i rannych swych, korzystając z ciemnej nocy, burzyciele uwieźli…” [17], pod Płońskiem, Jedlnią, Bodzentynem, Szydłowcem, Lubartowem, Kodniem, Radzyniem, Łukowem i Białą. Zdumiewać musi frazeologia stosowana w tych komunikatach.

(4)Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia.

Znamienne jest, że „Kurier” podaje przede wszystkim liczbę poszkodowanych (zabitych i rannych) po stronie rządowej. Wymienia też uczestniczące w potyczkach oddziały rosyjskie wraz z dowódcami, powstańców traktując jak bezimienną tłuszczę. Losy partyzantów niespecjalnie go interesują. Konsekwentnie nazywa ich bandytami, rebeliantami i buntownikami, a partie – bandami. Z radością donosi o sukcesach wojsk rosyjskich, zwłaszcza rozbiciu oddziałów powstańczych, będąc znacznie bardziej wstrzemięźliwym w opisie wypadków nie do końca pomyślnych dla carskiej armii. Wszystkie wydarzenia opisywane są z perspektywy rosyjskiej, tak aby czytelnik mógł identyfikować się z zaprowadzającymi porządek dzielnymi carskimi oficerami i żołnierzami, a nie z niszczącymi mir rebeliantami. O powstańcach niekiedy pisze się per nieprzyjaciel. Skwapliwie podaje „Kurier” straty bojowników. Nawiasem mówiąc, do danych tych należy najprawdopodobniej podchodzić z dużym dystansem: dziwnym trafem niemal zawsze straty powstańców kilkunasto-, a nawet kilkudziesięciokrotnie przekraczają rosyjskie.

Dwie kompanie pułku piechoty, otrzymawszy wiadomość o istnieniu bandy buntowników, która skoncentrowała się w lesie koło Izbicy, otoczyły tę bandę i zniosły ją zupełnie. Buntowników zabito około 160 ludzi. Ze strony wojska zabity jest jeden oficer i dwóch żołnierzy, a sześciu zostało rannych czy też  oddział kozaków, doścignąwszy w lesie koło Makowa bandę buntowników, zniósł takową. 23 ludzi z tej bandy jest zabitych, a 40 ujętych. Ze strony kozaków jest tylko jeden człowiek lekko ranny. [18]

Dnia 15 lutego w skutku wiadomości, że banda buntowników przygotowuje się do napadu na miasto Mławę, oddział kozaków wysłany został celem poszukiwania jej. Wojsko dognawszy bandę, takową zniosło i rozproszyło. Buntownikom zabito 30 ludzi, a 16tu ujęto, oprócz tego zabrano im broń i amunicję oraz 15 koni. Ze strony wojska jest dwóch rannych. [19]

To tylko próbki opisów potyczek powstańczych w oficjalnej prasie. Ciekawym zadaniem badawczym, choć mającym wymiar bardziej rozrywki intelektualnej, niż naukowych dociekań, byłoby zsumowanie liczby zabitych i rannych w walkach po stronie powstańców i Rosjan. Gwarantujemy, że liczby nie pokrywałyby się z wyliczeniami bezstronnych historyków. Domyślać się można, że zastosowany sposób opisywania bitew miał na celu podkreślenie przygniatającej przewagi wojsk rosyjskich, ukazanie partyzantów jako straceńców i zniechęcenie ludności Warszawy do jakiegokolwiek wsparcia dla insurekcji. W Warszawie, gdzie o wieści z pierwszej ręki o wydarzeniach powstańczych było trudniej, taka propaganda mogła mieć pewną skuteczność. Zapewne jednak wychodzący w stolicy „Kurier”, miał niewielkie oddziaływanie propagandowe na prowincji. Dowódców powstańczych usiłuje się w „Kurierze Warszawskim” skompromitować. Przytacza się wyjątki ze śledztw pojmanych partyzantów:

Panowie (…) powiedli ich w lasy, oświadczając im, że stanowią armię narodową, obiecując im dać dobre ubrania, broń, płacę i żywność, ale wszystko to skończyło się na obietnicy. Broni mianowicie palnej bardzo mało, odzieży i płacy wcale nie dostali, a za całe pożywienie dawano im po pół bochenka chleba i po miarce wódki dziennie; wielu z nich, widząc okropne położenie i smutną przyszłość, chcieli zaraz wracać do domów, ale wtedy naczelnicy i starsi grozili im śmiercią, i ze strachu nieszczęśliwi ci szli dalej. [20]

Dalej „Kurier” stara się zdyskredytować działania zbrojne, sprowadzić je do roli chaotycznej ruchawki, metodycznie tępionej przez siły rosyjskie. Wyolbrzymia fakt, iż stosunek Polaków do powstania, i to zarówno chłopów, jak i ziemian, był zróżnicowany. Rzeczywiste, choć nie powszechne przypadki wrogości niektórych członków warstwy chłopskiej czy też posesjonatów wobec powstańców, traktuje jako reprezentatywne dla całego społeczeństwa:

Cel – zrobić coś na kształt narodowego powstania –na szczęście nie został osiągnięty. Włościanie stanowczo nie mają współczucia dla ruchu, siedzą spokojnie, a w niektórych miejscach ścigają nawet zbiegów. [21]

Włościanie niektórych wsi powiatu krasnystawskiego dostawili 20tu podżegaczy, a w ich liczbie księdza. W innych także miejscach kraju lud wiejski zastępuje drogi bandom i rozbraja je, nie dopuszczając do gwałtów. [22]

Ziemiaństwo całego kraju trzyma się z dala od tego ruchu: właściciele i włościanie patrzą z boleścią na zapamiętały zamach (…) który popycha kraj ku przepaści. [23]

Lektura „Kuriera Warszawskiego” z ostatnich dni stycznia mogłaby doprowadzić do konkluzji, że w Królestwie sytuacja jest w gruncie rzeczy spokojna, a potyczki zbrojne mają charakter efemeryczny. Z czasem i przy wzmożeniu ruchu powstańczego stosowanie tej taktyki przez gazetę jest już niemożliwe, pojawia się zatem więcej informacji o prowadzonych działaniach zbrojnych, nie ulega jednak zmianie sposób przedstawiania konfliktu: nadal więcej pisze się o sukcesach rosyjskich, a insurgentów nazywa złoczyńcami i bandytami. Z satysfakcją podkreśla warszawska gazeta, iż powstańcy dopuszczają się aktów terroru i bezprawia. „Niektóre bandy złoczyńców popełniają okrucieństwa na rolnikach, chcąc podpaleniem i mordami zmusić ich do uczestnictwa w buncie.” [24] Przypadki takie rzeczywiście, jak wiemy choćby z lektury źródeł pamiętnikarskich, rzeczywiście miały miejsce, stanowiły jednak margines, a nie normę w powstańczym ruchu.

(5)Dobrzy powstańcy, źli powstańcy. Obraz powstania styczniowego w prasie polskiej – wybrane zagadnienia.

DWA KOMUNIKATY O PRÓBIE OTRUCIA WIELOPOLSKIEGO

Niezwykle zabawna jest konfrontacja dwóch opisów domniemanej próby otrucia margrabiego Wielopolskiego, dokonanej już po wybuchu powstania. „Kurier Warszawski”, powołując się na urzędowy „Dziennik Powszechny”, pisze następująco:

…popełnione zostało i przez trzy dni uporczywie ponawiane usiłowanie otrucia, którego skutki dotknęły Naczelnika Rządu Cywilnego, jego rodzinę i większą część domowników. Przywołani trzej biegli lekarze uznali jednocześnie, że dające się widzieć przypadłości spowodowane zostały zadaniem w potrawach atropiny. Działaniem trucizny najmocniej zostali dotknięci – młodszy syn Margrabiego i czterej domownicy. Stan zdrowia Naczelnika Rządu Cywilnego i jego rodziny jest dzisiaj skutkiem szybkiego użycia środków zaradczych, zaspakajający. Poszlakowani o przestępstwo ujęci i śledztwo na właściwej drodze rozpoczęte zostało. [25]

Z kolei „Dziennik Poznański” demaskuje sytuację tę, argumentując, iż rzeczywiście w domu Wielopolskich miało miejsce zatrucie pokarmowe, wynikało ono jednak jedynie z nieprzestrzegania zasad higieny przy przygotowywaniu posiłków:

W rękach rządu z najmniejszych rzeczy olbrzymie zawsze wyrastają dziwolągi. Podobnież i z owej wieści o otruciu rodziny margrabiego, w którą w końcu cała Warszawa uwierzyła, i z tego niby tragicznego epizodu, zdaje się maleńka i śmieszna wyrośnie myszka. Pokazuje się bowiem, że zupa, która miała być zatrutą, wcale taka nie była, szynka zaś, przywieziona z dóbr margrabiego do Brylowskiego pałacu i tamże ugotowana, jedynie dla tego była szkodliwa, że rondel, w którym ją kucharz przysposobił, od dawna nie był pobielonym. Kto szynką się najadł, ten naturalnie zachorował, inni zaś domownicy, żyjąc w ciągłej obawie trucizny i wszędzie zamachy na swoje życie upatrując, tak się przerazili, że z imaginacji również, chociaż bez rzeczywistej przyczyny, zasłabli. [26]

ZAMACH NA BERGA I SPLĄDROWANIE PAŁACU ZAMOYSKICH – OKRUTNA PACYFIKACJA CZY ZASŁUŻONA KARA?

Ciekawym studium przypadku jest opis w prasie warszawskiej i poznańskiej zamachu na Namiestnika Królestwa Polskiego, gen. Fiodora Berga. „Kurier Warszawski” pisze:

Dnia onegdajszego, o godzinie szóstej po południu, kiedy JW. Pełniący obowiązki Namiestnika i Głównodowodzącego Jenerał-Adiutant Hrabia Berg, raczył przejeżdżać Nowym Światem od Belwederu ku Zamkowi Królewskiemu otwartym powozem, z zwykłym konwojem (…) z połączonych domów Hrabiego Zamoyskiego dany był strzał z ręcznej broni i rzucono kilka bomb Orsiniego, a potem mieszaninę palną w naczyniu. Kulami i odłamkami bomb, które popękały, przebite zostało palto JW. Berga, raniony został kozak i oba dyszlowe i siedem kozackich koni. Połączone domy zaraz zostały otoczone, mieszkańcy z nich wyprowadzeni, mężczyźni aresztowani, a meble po wyrzuceniu onych spalone. Znalezienie u niektórych mieszkańców rzeczy upakowanych, naprowadza nas na domysł, że ciż byli uprzedzeni o mającym się spełnić powyższym zamachu. Domy pomienione przeszły na zawsze pod zarząd władzy wojskowej. [27]

Sposób opisania wypadków z 19 września wskazuje, iż redaktorom „Kuriera”, skrępowanym wprawdzie cenzurą i obawą utraty pracy i szykan, łatwiej o empatię względem carskiego rządu, niż szykanowanych rodaków i sąsiadów. Opisują bowiem cały incydent z perspektywy rosyjskiej administracji, dla której brutalność i zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej (nie mającej nic wspólnego ze sprawiedliwością) było środkiem do celu, czyli uspokojenia ulicy warszawskiej i przerwania terroru powstańczego. Środkiem niemoralnym wprawdzie, ale dającym nadzieję na skuteczność.

„Dziennik Poznański” opisuje całe wydarzenie zgoła inaczej, sympatyzując z pokrzywdzonymi, okrutnie potraktowanymi mieszkańcami kamienicy Zamoyskiego:

Miasto było wczoraj świadkiem okropnego widowiska. Na jenerała Berga, przejeżdżającego ulicą Nowy Świat około 5 po południu, rzucił ktoś bombę wybuchającą, która narobiła dużo huku, a mało krzywdy, bo jenerał Berg wyszedł z tego bez najmniejszego szwanku. Dom hr. Zamoyskiego, przed którym wypadek miał miejsce, otoczyła policja. Sądzono, że nastąpią aresztowania i śledztwo – tak się dzieje w krajach cywilizowanych (…) ale z tego nie można brać miary na postępowanie rządu moskiewskiego. W małą godzinę po wypadku, wojska wysłane przez jen. Berga z Zamku otoczyły oba domy i rozpoczęła się scena bezprzykładna. Oberpolicmajster Lewszyn i inni jenerałowie kazali wszystkim bez wyjątku mieszkańcom wyjść na podwórze, wprowadzili wojsko do mieszkań i  d a l i  p o l e c e n i e   z r o b i e n i a   r a b u n k u (podkr. oryg.)(…) Żołdactwo, któremu polecono rabować, wszystkie kosztowniejsze przedmioty i pieniądze pozabierało. Następnie otworzono okna całego domu i resztę mebli, łóżka, fortepiany, pościel, książki, obrazy wyrzucono na ulicę, zwierciadła zaś, szyby i przedmioty ze szkła potłuczono. Na zakończenie wyrzucone efekta spalono, a piwnicę kupca Krupeckiego odbito i wojsko raczyło się winem i rumem, wylewając to, czego wypić nie mogło. (…) Sto dwadzieścia rodzin jest zrujnowanych (…) Tak trudno wyobrazić sobie, by podobne okrucieństwa z namysłem, z zimnego rozkazu naczelnika rządu, który się zwie regularnym, wobec Europy XIX wieku dziać się jeszcze mogły. [28]

JESIEŃ INSUREKCJI WIDZIANA Z POZNANIA

Nawet w chwili, gdy powstanie styczniowe ewidentnie chyliło się ku upadkowi, liczba zaangażowanych w działania zbrojne powstańców spadała, a dekrety i rozporządzenia Rządu Narodowego, kierowanego de facto jednoosobowo przez Romualda Traugutta, coraz bardziej trafiały w próżnię, prasa poznańska nie traciła sympatii do powstania, mało tego, pisywała o jego perspektywach z bardzo umiarkowanym i ostrożnym wprawdzie, ale jednak optymizmem.

Z teatru wojny – szczegółowe raporta o trzech potyczkach chlubnych dla oręża polskiego, stoczonych w połowie marca w sandomierskiem, gdzie dzielny i waleczny generał Bosak na przekór moskiewskim doniesieniom, z niezmordowaną wytrwałością kieruje osobiście ruchami hufców powstańczych, wreszcie kilka szczegółów, czerpanych z dzienników moskiewskich, które świadczą o trwaniu powstania i wręcz przyznają, że Moskale nie śmieją już dzisiaj ściśle oznaczyć, kiedy się uda przemocą zgnieść je zupełnie – otóż treść dzisiejszych wiadomości otrzymanych przez nas z pola walki w Królestwie i na Litwie. [29]

EGZEKUCJA ROMUALDA TRAUGUTTA –  SPOJRZENIE Z PERSPEKTYWY ROSYJSKIEJ

O wydarzeniu, które może symbolicznie uchodzić za koniec powstania, a więc straceniu Romualda Traugutta, prasa warszawska poinformowała niezwykle obszernie, nie szczędząc nawet inwektyw pod adresem skazanych. O istnieniu jednak Traugutta, jego aresztowaniu, procesie i jego wyniku napisano dopiero 4 sierpnia 1864 r., w przedostatni dzień życia dyktatora, po śmierci powszechnie uznanego za narodowego bohatera. „Kurier Warszawski” pisał między innymi:

Po rozpoznaniu w sądzie sprawy, okazali się winnymi:

1) Romuald Traugutt:

a) dowodzenia bandą buntowniczą w kwietniu 1863 r. w guberni grodzieńskiej (…),

b)zabicia wystrzałem z pistoletu dla podtrzymania karności w szeregach powstańców (!), jednego z nich – Kwiatkowskiego, za nieposłuszeństwo

c) usiłowania rozstrzelania za ucieczkę z bandy, powstańca (!) Makowskiego,

d) zbiegostwa, po rozbiciu bandy, za granicę Krakowa

e) że przybywszy do Warszawy pod cudzym nazwiskiem (Michała Czerneckiego) i za fałszywym paszportem, objął główną niezależną władzę nad będącym na czele rokoszu tajnym towarzystwem zwanym „rządem narodowym” (…) i tym sposobem aż do aresztowania był głównym przywódcą rokoszu (…)

2) Rafał Krajewski 3) Józef Toczyski 4) Roman Żuliński 5) Jan Jeziorański, że wszyscy czterech byli członkami stojącego na czele rokoszu towarzystwa tajnego, w charakterze dyrektorów wydziałów: spraw wewnętrznych, skarbu, ekspedytury i komunikacji.

Wyrok śmierci nad przestępcami Trauguttem, Krajewskim, Toczyskim, Żulińskim i Jeziorańskim wykonany został 24 Lipca (5 Sierpnia) o godz. 10ej z rana na stoku Cytadeli Warszawsko-Aleksandryjskiej. [30]

Warto złapać piszącego ten tekst dziennikarza za słówko i wskazać, iż mimo że przewodniczących Rządu Narodowego nazywa on rokoszanami i przestępcami, to jednak o zbiegach i dezerterach z partii Traugutta pisze per powstańcy. W momencie, gdy opuszczają oddział zbrojny, mogą już zostać potraktowani łagodniej. Czy przyznaje redaktor zatem, że miało jednak miejsce narodowe powstanie, którego istnienie i zasadność przez półtora roku negowano, a nie zwykły bunt? Trudno z dwóch zdań wyciągać zbyt daleko idące wnioski, jednak to właśnie takie drobiazgi potrafią nieraz zdyskredytować najbardziej misterne propagandowe koncepty.

ADRESY

Ciekawym zjawiskiem jest publikowanie w „Kurierze Warszawskim” przez cały okres schyłku powstania tzw. adresów. Były to listy kierowane najczęściej wprost do cara, pisane w imieniu społeczności poszczególnych miast czy wybranych grup zawodowych. Zamieszczane były w rządowym „Dzienniku Powszechnym”, a „Kurier” skwapliwie je przedrukowywał. Adresy te, niekiedy będące autentycznym przejawem lojalności wobec cara i administracji rosyjskiej, częściej jednak stanowiły formę konformistycznego odcięcia się wybranych społeczności od powstania w chwili, gdy stało się jasne, że insurekcja już dogorywa. Istnieją przesłanki, by twierdzić, że część z nich powstawała i podpisywana była także pod przymusem. Adresy zawierały wiernopoddańcze zapewnienia wobec cara, słowa potępienia dla „buntu”. Czytając je z dzisiejszej perspektywy, wrażliwy czytelnik może poczuć obrzydzenie. Próbki tej „twórczości”:

Najpoddanniejsze Adresy od obywateli Rzymsko-Katolickiego Duchowieństwa, urzędników, oficerów, nauczycieli i medyków z Guberni Augustowskiej.

Najjaśniejszy Cesarzu i Miłościwy Nam Panie! Wielu z nas uwiedzeni marzeniami niepodobnymi do spełnienia (…) Myśmy nie umieli ocenić Twoich błogich zamiarów, Najjaśniejszy Panie, nie umieli korzystać z ofiarowanych przez Ciebie reform (…) Wyznajemy więc nasze błędy i przekroczenia (…)  Z głębokim żalem ośmielamy się stanąć przed Wspaniałością Twoją Najjaśniejszy Panie i żebrzemy Twego miłosierdzia (…) Wierni poddani (następują podpisy) [31] 

Najpoddanniejsze adresy od mieszkańców m. Warszawy.

Najjaśniejszy Panie! Nieograniczone miłosierdzie i wspaniałomyślność Twoja ośmielają nas, przez Namiestnika, dobroczyńcę i opiekuna naszego Miasta, błagać z pokorą o przebaczenie naszej i braci naszych winy(…) (Następuje 339 podpisów) [32]

Od starozakonnych mieszkańców miasta Śniadowa w powiecie łomżyńskim

Najjaśniejszy Monarcho, miłościwy królu nasz!

Zaburzenia, które potrząsły kraj nasz, zrobiły wiele uszczerbku. My, starozakonni (…) trudniący się handlem, wiele na tym ucierpieliśmy. Najjaśniejszy monarcho! Nigdy starozakonni nie powstawali przeciw władzy prawego króla, idąc drogą praojców naszych (…) Przyjmij monarcho, najłaskawiej, w dowód naszej wierności do podnóża Tronu Twego podniesione pismo (…) (następują podpisy) [33]

Powstanie styczniowe upadło, można było w prasie codziennej poświęcić więcej miejsca innym wydarzeniom. „Dziennik Poznański” wkrótce zacznie systematycznie i drobiazgowo informować o przebiegu wojny duńsko-pruskiej (1864), będącej uwerturą do zjednoczenia podzielonych od średniowiecza Niemiec, których częścią Poznań się stanie. Za kilka lat umysły czytelników, także w Polsce, skupią się na wydarzeniach z pól bitewnych Sadowy i Metzu, cytowane będą słowa papieża, ogłaszającego się więźniem Watykanu i przedrukowywane zdjęcia Wilhelma I z sali kryształowej w Wersalu. Pamięć o powstaniu styczniowym pozostanie. Inna w głowach tych, którzy wystawieni byli na działanie rządowej propagandy, a inna wśród mających dostęp do bardziej niezależnych źródeł informacji lub (a takich osób był ogrom) będących naocznymi świadkami powstańczej walki. Dobrze jednak zdawać sobie sprawę, że nawet dzisiejsze spory o powstanie styczniowe mogą być dalekim echem informacyjnej, czy jak kto woli, propagandowej wojny lat 1863-1864.

[1] „Dziennik Powszechny. Pismo urzędowe, polityczne i naukowe”, nr 415 z dn. 19.01.1863 r. s. 1.

[2] P. Jasienica, Dwie drogi, Warszawa 1992, s. 188.

[3] „Dziennik Poznański”, nr 14 z dn. 18.01.1863, s. 1.

[4] W. Popiel, Pamiętniki ks. Wincentego Chrościak-Popiela arcybiskupa warszawskiego, Kraków 1915, s. 119.

[5] „Kurier Warszawski”, nr 13 z dn. 17.01.1863 r. s. 1.

[6] „Czas”, dwa dni wcześniej, s. 2

[7] „Czas” 17 22.01, s. 2-3.

[8] „Dziennik Poznański”, nr 21 z dn. 27.01.1863 r., s. 1.

[9]  Tamże.

[10]  „Dziennik Poznański”, nr 20 z dn. 26.01.1863 r., s. 1.

[11] „Dziennik Poznański”, nr 22 z dn. 28.01.1863 r., s. 1.

[12]  Tamże.

[13]  Tamże.

[14] „Dziennik Poznański”, nr 21 z dn. 27.01.1863 r., s. 4.

[15] „Kurier Warszawski”, nr 20 z dn. 26.01.1863 r., s. 1. Dokument ten „Kurier” przytacza za „Dziennikiem Powszechnym”.

[16] Tamże, również za „Dziennikiem Powszechnym”.

[17] „Kurier Warszawski”, nr 21 z dn. 27.01.1863 r., s. 1. Także za „Dziennikiem Powszechnym”.

[18] „Kurier Warszawski”, nr 38 z dn. 17.02.1863 r., s. 3.

[19] „Kurier Warszawski”, nr 39 z dn. 17.02.1863 r., s. 3.

[20] „Kurier Warszawski”, nr 22 z dn. 28.01.1863 r., s. 3.

[21] „Kurier Warszawski”, nr 22 z dn. 28.01.1863 r., s. 3.

[22] „Kurier Warszawski”, nr 23 z dn. 29.01.1863 r., s. 1.

[23]  „Kurier Warszawski”, nr 34 z dn. 12.02.1863 r., s. 1.

[24] „Kurier Warszawski”, nr 23 z dn. 29.01.1863 r., s. 1.

[25]  „Kurier Warszawski”, nr 29 z dn. 6.02.1863 r., s. 1.

[26] „Dziennik Poznański”, nr 29 z dn. 6.02.1863 r., s. 1.

[27] „Kurier Warszawski”, nr 214 z dn. 21.09.1863 r., s. 1.

[28] „Dziennik Poznański”, nr 216 z dn. 23.09.1863 r., s. 1-2.

[29] „Dziennik Poznański”, nr 88 z dn. 17.04.1864 s. 1.

[30] „Kurier Warszawski”, nr 179 z dn. 6.08.1864, s. 2-3.

[31] „Kurier Warszawski”, nr 25 z dn. 1.02.1864, s.1.

[32] „Kurier Warszawski”, nr 28 z dn. 5.02.1864. s.1

[33]  „Kurier Warszawski”, nr 28 z dn. 5.02.1864. s.1

Komentarze