Silva rerum powstania styczniowego. Wybrane, mało znane zagadnienia związane ze zrywem 1863 r.

Silva rerum oznacza w języku łacińskim „las rzeczy”. Silva rerum, lub po spolszczeniu: sylwa, to także popularny gatunek literacki, robiący, zwłaszcza w XVII i XVIII wieku, furorę na dworkach szlacheckich i w magnackich pałacach. Sylwa była rękopiśmiennym zbiorem różnorodnych tekstów literackich o najrozmaitszych formach, których treść bywała lekka i żartobliwa, ale też poważna, patetyczna czy smutna. W sylwach umieszczano informacje dotyczące rodu oraz utwory literackie na użytek prywatny, przydatne na ważne okazje (np. narodziny dziecka, wesele, żałoba). Bywały tam mowy wygłaszane na sejmikach, przepisy kulinarne, domowe kuracje medyczne, a nawet zapiski gospodarcze. Sylwy nierzadko prowadzone były przez dziesięciolecia, przechodząc z ojca na syna. Artykuł, który proponujemy, luźno nawiązuje do konceptu silva rerum. Będzie to zatem zbiór kilku krótkich tekstów opowiadających o mało znanych zagadnieniach związanych z powstaniem styczniowym: nielegalnym handlu prowadzonym przez powstańców, podziemnej prasie, czy o tym, jak modnie się ubierać, gdy wokół żałoba. Na koniec zaprosimy Was na dwie wycieczki – bliską i znacznie dalszą, ale o tym za chwilę.

(1)Silva rerum

Silva Rerum rodu Krassowskich herbu Ślepowron z Ziemi Drohickiej na Podlasiu 1763, za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Sylwa

SZMUGLERZY

Nie jest tajemnicą, że powstańcy styczniowi na nadmiar broni nie cierpieli. By choć trochę poprawić zaopatrzenie partyzantów w karabiny i sztucery, nierzadko uciekano się do… kontrabandy. Oczywiście bardzo trudno ocenić skalę procederu szmuglowania broni zakupionej za granicą. Z pewnością jednak była ona spora. Stefan Kieniewicz sądzi, że liczba przemyconej do Królestwa Polskiego broni mogła osiągnąć kilkadziesiąt tysięcy sztuk[1]. Wiadomo, iż kilkaset sztuk broni zakupionej w Liege dotarło w marcu 1863 r. do Polski i przekazane zostało partii Langiewicza (użytkownikami tej broni byli głównie żuawi). Dostarczanie broni, ma się rozumieć nielegalne, było jednym z podstawowych obowiązków Polaków z Galicji i Poznańskiego. Władze powstańcze wyraźnie zaznaczały, że przemyt broni jest czynem patriotycznym i pożądanym, obowiązkiem narodowym. Rząd Tymczasowy wydał w tej sprawie nawet odezwę:

Do Polaków w zaborach pruskim i austriackim. Rząd Tymczasowy Narodowy wezwał cały naród bez względu na kordony nieprzyjacielskie do działania. Uważa za konieczne określić to działanie dla prowincji polskich pozostających za kordonem pruskim i austriackim. Bracia! Wojna z carem moskiewskim (…) wymaga współdziałania wszystkich polskich prowincji (…) dlatego też w zaborze pruskim, jak i austriackim, powstania być nie powinno i być nie może. Ludzie ochotni (…) niechaj dążą w szeregi narodowe. (…) Zasilenie powstania bronią jest drugim obowiązkiem tych prowincji. Broń, czy to w większych masach, czy też pojedynczo przeprowadzana, zakupiona lub ofiarowana, dostawioną być powinna przez Was powstańcom przez wszystkie punkty kordonowe. Trzecim obowiązkiem jest płacenie podatku narodowego (…)[2]

Szmuglem zajmowali się często mieszkańcy polskich miast i miasteczek, leżących przy granicy z Kongresówką. Rząd Tymczasowy chętnie kupował broń nad samą granicą, gdyż była nieco tańsza. Niestety, transakcje te były obarczone większym ryzykiem niż zakup karabinów lub sztucerów np. w Paryżu.

W trakcie śledztwa Zdzisław Janczewski, który w trakcie powstania wysyłany był przez organizację do Wrocławia celem zakupu broni, zeznał:

Umyślnie wysłani ajenci powinni byli kupować broń w nadgranicznych miasteczkach, jak np. w Prusach w (…) Toruniu, Bydgoszczy, Inowrocławiu, Mysłowicach, Katowicach i Wrocławiu, w Austrii – w Krakowie, Szczakowej, Lwowie itp. Chciał [rząd, przypis autora] mieć i miał broń tańszą o kilka rubli na sztuce, ale za to ryzykował i przejmował na siebie straty, jakie przy prowadzeniu przez granicę zdarzyć się mogły.[3] 

Proceder handlu na sporą skalę kwitł w Bydgoszczy. Przez to miasto, położone w zaborze pruskim, przebiegały dwa ważne szlaki handlowe – rzeczny (dzięki kanałowi bydgoskiemu) i kolejowy. Nic więc dziwnego, że w grudniu 1862 r. doszło tu do tajnego spotkania „działaczy patriotycznych z zaboru pruskiego – z przedstawicielami Czerwonych z Królestwa, w której udział wzięli m. in. Julian Łukaszewski i Józef Demontowicz, organizatorzy powstania w zaborze pruskim” – jak czytamy w I tomie Historii Bydgoszczy. W noc poprzedzającą wybuch powstania do miasta przyjechał nawet Marian Langiewicz. Gdy w Królestwie Polskim toczyły się walki, w Bydgoszczy rezydował Julian Łukaszewski, późniejszy autor znanych pamiętników powstańczych, który pełnił wówczas funkcję komisarza Rządu Narodowego, a jego podstawowym zadaniem było organizowanie przemytu broni. Co ciekawe, w przemyt zaangażowani byli nie tylko Polacy, co widać choćby na podstawie kilku nazwisk szmuglerów, jakie znalazły się w policyjnych aktach: Röhr Melzer, Schlieper, Schmidt, Julius Rosenthal. U tego ostatniego wykryto nawet spory skład broni (6 skrzyń karabinów), lecz mimo nadzoru policyjnego udało mu się wyekspediować kilka transportów. W prywatnych mieszkaniach bywały niekiedy całe arsenały. Naturalnie nie każda próba przemycenia broni kończyła się powodzeniem. Prusacy zajęli m. in. statek „Matador”, na którego pokładzie znaleźli niepokojący transport prochu. W związku z tą sprawą aresztowano syna Rosenthala. Historia Bydgoszczy wymienia też m. in. Romana Maćkowskiego, który podobno sam przewiózł na teren zaboru rosyjskiego 2500 karabinów.

W obliczu permanentnego deficytu broni i stałego, wysokiego popytu na nią w Królestwie, na handlu nią można było zbić całkiem przyzwoite fortunki. Zwłaszcza na początku powstania, gdy obrót bronią nie był jeszcze ujęty w sztywne ramy przez Rząd Narodowy, przemyt karabinów czy rewolwerów był nadzwyczaj intratny.

W pierwszych miesiącach powstania kwitło dostarczanie broni partyzantom przez osoby prywatne. Handlarze na własną korzyść i ryzyko dostarczali broń powstaniu. Tak było do dyktatury Langiewicza. Do tego czasu, do początku kwietnia (…) odkupowano broń od handlarzy, którzy ją do oddziałów lub do wskazanych miejsc w kraju dostarczali Odtąd operację tę Rząd Tymczasowy przenosi za granicę – zeznaje Janczewski.

Kontrabanda nie dotyczyła wyłącznie broni. Szmuglowano także równie potrzebne powstańcom odzież i mundury W Bydgoszczy celowali w tym zwłaszcza Żydzi.

Księgarz Abraham Friedländer sprzedawał pocztówki z wizerunkami przywódców powstania styczniowego, a kuśnierz Victor szył kożuchy na potrzeby oddziałów polskich. W więzieniu bydgoskim przetrzymywano żydowskiego krawca Juliusza Tatarkę, podejrzanego o szycie mundurów dla powstańców[4].

Nie ma podstaw, żeby wątpić, iż w innych przygranicznych miastach, a zwłaszcza dużych ośrodkach, jak choćby Kraków, zjawisko przemytu broni i artykułów potrzebnych partyzantom nie występowało. Badanie dziejów kontrabandy powstania styczniowego jest jednak równie trudne, jak rekonstrukcja działalności sztyletników. Osoby parające się przemytem starały się nie zostawiać śladów, nie zostało zatem po nich zbyt wiele źródeł.

PRASA POWSTAŃCZA

Po upadku powstania listopadowego zaostrzono w Królestwie Polskim cenzurę. Nie istniał swobodny obieg myśli w ramach prasy oficjalnej, krępowanej przez carską administrację. W początku lat 60-tych XIX wieku narastał ferment patriotyczny w społeczeństwie polskim, zawiązywały się spiski, a to, co na temat zachodzących zdarzeń można było przeczytać w prasie oficjalnej, nie odpowiadało potrzebom czytelników. Potrzeba komunikowania się i rozpowszechniania swoich poglądów była szczególnie silna, zwłaszcza wśród osób o poglądach diametralnie różnych od stanowiska władzy. Wkrótce zaczęły powstawać tytuły prasowe wydawane poza oficjalnym obiegiem, a co za tym idzie – poza zasięgiem cenzury. Tak narodził się podziemny ruch wydawniczy, w ówczesnych czasach fenomen na skalę europejską[5].

(2)Silva rerum

Fotokopia pierwszego numeru Strażnicy z 1.08.1861 – pierwszego, a zarazem najdłużej utrzymującego się na rynku czasopisma powstańczego. Do Strażnicy pisywał m.in. Agaton Giller. Ogółem ukazało się 45 numerów tego pisma. Strażnicę drukowano w małej drukarni na Chmielnej w Warszawie.

Początkowo tajne koła patriotycznie zaangażowanej młodzieży posługiwały się za pomocą listów krążących z rąk do rąk. Tak zachęcano między innymi do bojkotu warszawskiego spotkania trzech monarchów rozbiorowych z 1860 r. Taka forma miała jednak oczywiste ograniczenia – ograniczony krąg odbiorców i powolny obieg informacji. Z czasem zaczęto więc wydawać ulotki, broszury, aż w końcu – w 1861 r. – pierwsze konspiracyjne pisma.

Pierwszym konspiracyjnym pismem wydawanym w Królestwie Polskim była Strażnica, która zaczęła się ukazywać w sierpniu 1861 r. Na Litwie prasa powstańcza wychodziła od listopada 1861 r., a od stycznia 1862 r. można było spotkać się z konspiracyjnymi pisemkami nawet na ziemiach zabranych. Z czasem liczba wydawanych tytułów rosła, pojawiały się gazetki bardziej wyspecjalizowane – adresowane do robotników, chłopów, duchowieństwa. O dziwo, trudnym momentem w dziejach prasy podziemnej był wybuch powstania, kiedy to, w wyniku zamieszania organizacyjnego, doszło do spadku ilości wydawanych tytułów. Sytuacja ta uległa zmianie po reorganizacji Rządu Narodowego i powołaniu w maju 1863 r. Wydziału Prasy. Apogeum działalności wydawniczej prasy powstańczej przypada na wiosnę i lato 1863 r. Wówczas to ukazywało się nawet do 30 numerów gazet podziemnych miesięcznie. Spadek ilości wydawnictw podziemnych miał miejsce od jesieni, w związku z zaostrzeniem carskiej kontroli i represji oraz zmniejszeniem intensywności działań partyzanckich. Ogółem, szacuje się, że ukazały się 304 numery prasy tajnej, z czego w Królestwie Polskim 212, w Galicji 42, na Litwie 23, na Rusi 16, a za granicami Rzeczpospolitej – 11[6].

Działalność wydawniczą, podobnie jak działania zbrojne zrywu z 1863 r., da się określić słowem – partyzantka. Drukarze powstańczy nie mieli ani odpowiedniego sprzętu, ani doświadczenia w zecerskim fachu. Początkowo drukowano potajemnie w oficjalnych, rządowych drukarniach, których pracownicy byli wtajemniczeni w powstańcze działania i należeli do spisku. Z czasem, dla większej ostrożności, zrezygnowano i z tego. Zaczęto używać sprowadzanych z zagranicy pras drukarskich o niewielkich gabarytach, dających się ukryć w powstańczych mieszkaniach. Zadanie wyszukiwania lokali, zatrudniania godnych zaufania pracowników i organizowania sprzętu i materiałów drukarskich należało do Józefa Bogdana Wagnera, dyrektora drukarń narodowych[7].

Czasopisma powstańcze ukazywały się nieregularnie. Niektóre były efemerydami, zdarzały się gazety, które pojawiały się tylko raz lub kilka razy. Często, w obawie przed dekonspiracją, tajne zespoły drukarskie były zmuszone zaniechać działalności, jeszcze częściej – zmieniać miejsce pracy. Aby zmniejszyć ryzyko wpadki, stosowano różne techniki powielania – kopiowanie tekstu napisanego ręcznie, litografowanego i pochodzącego z tradycyjnych czcionek zecerskich. Dla zmylenia śledczych podawano fałszywe miejsca i daty wydruku. Praca przy produkcji gazet toczyła się najczęściej nocą. Rano po partię prasy zgłaszali się gońcy, odpowiedzialni za rozprowadzanie numerów. Wśród nich wiele było kobiet, wzbudzających mniejsze podejrzenia i mogących łatwo ukryć powstańczą prasę np. w obszernych krynolinach. Czasopisma sprzedawano na ulicach Warszawy, rozsyłano też na prowincję. Bywało, iż chłopom powstańczą prasę księża odczytywali z ambon.

Czasopisma tłoczono z reguły na mniejszym formacie, niż oficjalne gazety. Miało to z jednej strony oszczędzać papier, który był towarem deficytowym, z drugiej ułatwiać ukrycie posiadanej prasy. Gazety najczęściej miały 2-4 strony, były więc drukowane na jednej lub dwóch kartkach. Zdarzało się, że dany tytuł w trakcie działalności zmieniał format, objętość, używano w nim innej formy powielania tekstu. Przeważał układ dwuszpaltowy, choć i jednoszpaltowy nie należał do rzadkości. Nakłady prasy powstańczej były zróżnicowane, dochodząc nawet do dziesięciu tysięcy, choć częściej było to kilkaset egzemplarzy.

(3)Silva rerum

Strażnica z 30 kwietnia 1863r. Widać zastosowanie kilku technik powielania – zastosowanie czcionek zecerskich (większość tekstu) i rękopis litografowany (prawy, dolny róg).

Tajna prasa pozwalała na pełną swobodę wypowiedzi, choć najczęściej była narzędziem politycznej agitacji, a nie światopoglądowych dyskusji czy zażartych polemik. W działalność wydawniczą zaangażowali się zarówno biali, jak i czerwoni, każdy z tych nurtów promował w gazetkach podziemnych swój światopogląd. Uogólniając, wszystkie czasopisma nawoływały do walki z caratem o pełną niepodległość, podtrzymywały wiarę w zwycięstwo, często piętnowały zdrajców. Różniły je detale, widoczne zwłaszcza w okresie przed wybuchem insurekcji, a związane np. ze stosunkiem do sprawy chłopskiej, poglądami na sojusz z rewolucjonistami rosyjskimi czy terminem rozpoczęcia powstania.

W czasopismach stosowano liczne gatunki dziennikarskie: wiadomości prasowe, reportaże, odezwy. Zróżnicowane były też stosowane środki literackie – od patosu, przez umiejętne operowanie kontrastami i stereotypami narodowymi, mającymi zohydzić wroga, aż do mowy potocznej. Popularną formą, szeroko stosowaną zwłaszcza tuż przed wybuchem powstania, był nakaz[8].

(4)Silva rerum (5)Silva rerum (6)Silva rerum (7)Silva rerum

Przykłady czterech wydań „Głosu Kapłana Polskiego” drukowanego od sierpnia do grudnia 1863 r. w drukarni przy ul. Nowy Świat. Adresowane było do duchowieństwa, a jednym z redaktorów był członek Rządu Narodowego, ks. Karol Mikoszewski.

Nie sposób oszacować, jak wielu było czytelników prasy powstańczej. Nie istnieją na ten temat żadne badania. Wydaje się więcej niż prawdopodobne, że pojedyncze tytuły przechodziły z rąk do rąk, czytelników mogło być zatem więcej, niż suma nakładów powstańczych gazet i broszur. Z drugiej strony brakuje informacji na temat konfiskat numerów prasy dokonywanych przez służby rosyjskie, jak też danych dotyczących tego, jakiego odsetka wydawnictw prasowych nie udawało się sprzedać ani rozkolportować. Odpowiedź na pytanie o skalę recepcji prasy tajnej powstania styczniowego pozostanie zapewne na zawsze zagadką, niemniej sam fakt, iż podziemne czasopisma wydawano przez kilka lat, na rozległym obszarze i w znacznych nieraz nakładach, musi budzić podziw.

BIŻUTERIA I STROJE ŻAŁOBNE

Małgorzata Możdżyńska-Nawotka, historyk sztuki, pisze:

Dziwny widok przedstawiał wiosną 1861 roku tłum spacerowiczów w Ogrodzie Saskim. W ubiorach kobiecych czerń zastąpiła świeże wiosenne kolory, dotyczyło to nawet kwiatów przy kapeluszach. Barwy zniknęły nawet z ubiorów dziecięcych, utrzymanych w czerni i bieli, żałobne sukienki włożono lalkom, a obręcze do zabaw okręcono czarnymi i białymi taśmami. Na wystawach magazynów mód widziało się wyłącznie artykuły czarne, białe lub w odcieniach szarości, a czasopisma dla kobiet, które w warunkach cenzury przemycały poważne treści społeczne, w rubrykach poświęconych modzie zamieszczano zakamuflowane instruktaże (np. jako artykuł o modzie żałobnej we Francji) i omawiały wyłącznie suknie i akcesoria w stosownych kolorach. Barwne ilustracje, wykonywane według paryskich żurnali ustąpiły miejsca — po części przynajmniej — zamawianym u artystów czarno-białym drzeworytom sztorcowym, pokazującym kreacje w duchu żałoby narodowej.[9]

Żałobę narodową ogłoszono w kościołach po śmierci pięciu młodych mężczyzn, którzy polegli od rosyjskich kul 27 marca 1861 r. w trakcie manifestacji patriotycznej. Decyzję podjął metropolita warszawski, abp Melchior Fijałkowski. O jej zasadności utwierdziła mieszkańców Warszawy masakra, jakiej dopuścili się Rosjanie 8 kwietnia 1861 r. (zginęło ok. 100 osób). Żałoba oczywiście wyrastała z tradycji romantycznej, w której Ojczyzna uznana została za najwyższą wartość, otoczoną religijnym niemal kultem[10].

(8)Silva rerum

Józef Simmler, portret Julii Simmlerowej, 1861, Muzeum Narodowe w Warszawie – przykład ubioru żałobnego z lat 60-tych XIX w.

Odzież żałobna miała być nacechowana prostotą i powagą, choć nie postrzegano jako niestosowne, gdy w dyskretny sposób dodawała wdzięku. Aby jednak czarne i proste suknie mogły dodawać powabu, potrzeba było nie lada pomysłowości. Nie wypadało zakładać złotych bransoletek czy perłowych naszyjników, nie oznacza to jednak, iż biżuteria nie była wyszukana. Popularną ozdobą były choćby naszyjniki o czarnych koralach wykonanych z hebanowego drewna. Czasem na łańcuchu noszono medalion z fotografią członka rodziny represjonowanego przez Rosjan – trzymanego w więzieniu czy zesłanego na Sybir. Popularnym materiałem do wyrobu biżuterii było żelazo, a najpopularniejszymi ozdobami – bransolety i pierścienie. Te ostatnie niosły w sobie duży ładunek symboliczny – były znakiem miłości i wierności Polaków do Ojczyzny, której nie ma na mapie, ale istnieje w duszach. Urodę podkreślano także żelaznymi broszami, szpilami do kapeluszy, kolczykami. Często pojawiały się na nich podniosłe symbole – białego orła, krzyża, kajdan, korony cierniowej.

(9)Silva rerum

Krzyżyk z końskiego włosia z napisem: Pamiątka więźni, Muzeum Narodowe w Krakowie.

Po wybuchu powstania Panie dalej zakładały żałobne stroje, choć nie było to już tak powszechne. Wszak wybuchający zryw dawał nadzieję na zwycięstwo i odzyskanie niepodległości. Modę żałobną starał się zwalczać rząd rosyjski, świadomy, iż jest ona czynnikiem integrującym Polki i Polaków i jednoczącym ich w biernym (a niekiedy i czynnym) oporze przeciw carskiej zwierzchności. Urzędnikom kazano odprawiać z kwitkiem petentki w czarnym stroju[11], obyczaj noszenia czerni próbowano też zwalczać, grożąc karą grzywny o wysokości do 100 rubli. Gdy nie odniosło to zamierzonego skutku, Namiestnik Królestwa Polskiego gen. Fiodor Berg wydał szczegółowe rozporządzenie na temat dozwolonych ubiorów. Zakaz noszenia żałoby był kategoryczny, a kobietom, które by się mu nie podporządkowały, grożono aresztowaniem, odtransportowaniem do koszar i oddaniem do dyspozycji wojsku rosyjskiemu. W sytuacji narastającego terroru dalsze noszenie żałoby narażałoby tylko polskie kobiety i rodziny na represje i niepotrzebne cierpienia. Rozumiał to, pełniący od kilku tygodni władzę dyktatorską w powstaniu, Romuald Traugutt. 29 października 1863 r. ogłosił w piśmie Rządu Narodowego:

Żałobny ubiór naszych niewiast ma teraz służyć wrogom naszym za pozór do nowych, w dziejach cywilizowanego świata niesłychanych okrucieństw. Żałoba narodowa, pamiętamy to wszyscy, była wpływem dobrowolnego i powszechnego popędu narodu (…) Gdyby Moskwa groziła nam tylko majątkową ruiną (…) nie zadziwiłoby świata wytrwanie w przyjętym obyczaju żałoby. Są jednak świętości, dla ocalenia których należy poświęcić najdroższe uczucia serca, do takich świętości prawy Polak zalicza honor i wstyd niewieści (…) Dlatego też Rząd Narodowy w zdjęciu żałoby nie będzie widział odstępstwa od świętej sprawy (…) Każdy, byle prosty i skromny ubiór, jaki Polka przywdzieje, będzie dla niej żałobą. Nie potrzebujemy protestować kolorem sukni, kiedy krwią protestujemy przeciw najazdowi[12].

(10)Silva rerum (11)Silva rerum (12)Silva rerum

Przykłady żelaznych pierścieni noszonych w okresie żałoby narodowej. Zbiory Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Polki zaczęły zatem zakładać kolorowe stroje, z czasem okazało się jednak, że wśród barw sukien eleganckich pań dominuje fiolet. Kolor ten w tradycji katolickiej oznaczał żałobę i pokutę, ale też skruchę, pokorę i nadzieję[13]. Stosuje się go w liturgiach żałobnych, ale też w Adwencie i Wielkim Poście, czasie zadumy, ale i nadziei na Narodzenie, a następnie Zmartwychwstanie Chrystusa. Zgodnie z europejskim słownikiem mody i symboliki barw, jest to zatem kolor półżałoby. Policjanci carscy długo nie zdali sobie sprawy, że nosząc fioletowe ubrania i dodatki Polki demonstrują trwanie w żalu i smutku nad losem Ojczyzny. Co więcej, nieświadomie modę tę zaczęły naśladować Rosjanki, nie zdające sobie sprawy z podtekstu noszenia fioletowych sukien, szali, chust i kapeluszy.

Po upadku powstania oficjalna, narodowa żałoba za uciskaną Ojczyznę zastąpiła miejsca żałobie prywatnej, związanej z opłakiwaniem poległych, straconych lub zesłanych braci, mężów i synów. Zelżały represje, a na domową żałobę zezwalano. Ostatecznym zakończeniem żałobnej mody na ziemiach polskich była amnestia dla powstańców styczniowych, ogłoszona przez cara w 1866 r.

Niezgoda na politykę władz, demonstrowana strojem, weszła do polskiej tradycji. Jej przejawem w schyłkowym PRL-u było noszenie opornika lub jego części, co miało symbolizować sprzeciw przeciwko rządom Jaruzelskiego i jego junty.

WYCIECZKA ROWEROWA ŚLADAMI POWSTANIA STYCZNIOWEGO

Powstanie styczniowe było dawno. Od kilku dziesięcioleci nie należy już do historii współczesnej, definiowanej jako dzieje, których świadkowie żyją jeszcze na świecie. Pamięć o powstaniu winniśmy kultywować, nie musimy jednak wciąż robić tego na podniosłą, patetyczną modłę rodem ze szkolnej akademii. Czemu nie połączyć żywej lekcji historii z odrobiną wypoczynku na świeżym powietrzu? Proponuję wycieczkę rowerową śladami powstania styczniowego.

Oczywiście, w zależności od Waszego miejsca zamieszkania, wycieczka może obejmować zupełnie inne miejsca. Jeśli jednak jesteście ze stolicy lub aktualnie zamieszkujecie syreni gród, zaplanowany szlak powinien być dla Was atrakcyjny.

W samej Warszawie śladów walk powstańczych nie znajdziemy. Miasto strzeżone przez Cytadelę, obsadzone potężną załogą rosyjskiego garnizonu, pozostawało poza zasięgiem powstańców. I w Warszawie można byłoby jednak znaleźć mnóstwo akcentów związanych z insurekcją 1863 r., począwszy od grobów pięciu poległych na Powązkach, a na Pałacu Zamojskich skończywszy. Zaplanowanie wycieczki rowerowej ich śladem również mogłoby być ciekawym doświadczeniem. Rekreacyjna jazda rowerem w centrum miasta nie udaje się jednak najlepiej, warto wybrać się zatem do Puszczy Kampinoskiej, dużego parku narodowego bezpośrednio graniczącego ze stolicą.

Wycieczką naszą rozpoczniemy na Wólce Węglowej, a poruszać się będziemy zielonym szlakiem rowerowym. Po drodze czekać nas będzie wiele ciekawostek historycznych związanych z dziejami Polski od średniowiecza do współczesności, jak choćby położony na początku trasy Lipków z dworem Henryka Sienkiewicza. Wytrwałym polecić należy samodzielne poszukiwanie dodatkowych o nich informacji. My skupimy się na pamiątkach związanych z powstaniem styczniowym. Pierwsze z nich znajdziemy, jeśli zboczymy odrobinę ze szlaku i dotrzemy do Dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego w Izabelinie. Tuż obok niego znajduje się mogiła powstańca styczniowego.

Po około 15 kilometrach jazdy dotrzemy do osady Mariew. Tu obowiązkowo należy nieco zjechać ze szlaku rowerowego, by dotrzeć do miejscowości Buda Zaborowska, gdzie miała miejsce największa bitwa powstania styczniowego w Puszczy Kampinoskiej.

Walczącymi byli w większości młodzi ludzie, którzy schronili się w lasach kampinoskich przed zarządzoną przez Aleksandra Wielopolskiego branką. Niektórzy spośród nich wyszli z Puszczy Kampinoskiej 18 i 19 stycznia, by wraz z Zygmuntem Padlewskim uczestniczyć w walkach o Płock, sporo jednak zostało, cały wysiłek poświęcając na umykanie przed carską obławą. Do uciekinierów w początku stycznia napłynęła też nowa grupa, przerażona perspektywą poboru w rekruty w drugim etapie branki. Przez kilka miesięcy młodzi mężczyźni przebywali w puszczy, ich dowódcą został mjr Walerian Remiszewski. W kwietniu 1863 r. dowódca postanowił wraz ze swym oddziałem podjąć próbę przebicia się do Warszawy. Plan był niezwykle zuchwały i zakładał zaatakowanie Cytadeli! Celem było ułatwienie ucieczki przebywającego od wielu miesięcy w więzieniu przywódcy czerwonych – Jarosława Dąbrowskiego, także innego z liderów tej grupy – Bronisława Szwarce, poprzez związanie walką rosyjskiej załogi i odwrócenie uwagi od więźniów. Plan, na pierwszy rzut oka straceńczy i samobójczy, nie był jednak pozbawiony pewnych podstaw. 12 kwietnia przypadała prawosławna Wielkanoc. Liczono, że tego dnia żołnierze zajęci będą zabawą i świętowaniem, a ich czujność zostanie wydatnie osłabiona alkoholem. Ponadto Dąbrowski liczył, że grupa Rosjan nastawionych rewolucyjnie ułatwi mu ucieczkę. Niestety, rachuby zawiodły. Wtajemniczeni Rosjanie wycofali się, a oficerowie carscy dowiedzieli się o ruchach partyzanckich w pobliżu Warszawy i wysłali przeciw liczącemu 300 osób oddziałowi mjr Remiszewskiego pułk gwardii. Oddział zdołał dojść jedynie do podwarszawskiej wsi Wawrzyszew, skąd musiał się wycofać w rejon Starych Babic, a następnie Izabelina. Dowódca partii, nazywanej niekiedy oddziałem „Dzieci Warszawy”, chciał ukryć się przed żołnierzami nieprzyjaciela, słusznie sądząc, że jego oddział nie jest gotowy do walki. Pozycje partyzantów zostały jednak zdradzone przez właściciela folwarku z Truskawia, sterroryzowanego batogiem. 14 kwietnia doszło do bitwy. Remiszewski nakazał uzbrojonym strzelcom zając pozycje i przygotować się do boju w rejonie Bud Zaborowskich, natomiast nieposiadających broni palnej rozpuścił, nakazując im ucieczkę na własną rękę. W starciu zginęło około 150 partyzantów, w tym sam Remiszewski, który trapiony chorobą, nie był w stanie skutecznie dowodzić[14]. Na miejscu pola bitwy umieszczono pamiątkowy kamień, który, z pomocą życzliwych miejscowych, być może uda się odnaleźć.

Powróćmy na szlak. Będzie się na nim znajdować zbiorowa mogiła niedaleko Zaborowa Leśnego, w której spoczywają ciała 72 spośród poległych pod Budami Zaborowskimi (pozostali spoczęli na podwarszawskich parafialnych cmentarzach). Gdy do niej dojedziemy, ukaże nam się taki to widok:

(13)Silva rerum

Jadąc dalej szlakiem rowerowym dotrzemy do miejscowości Leszno, a następnie, mijając ciekawy rezerwat przyrodniczy z wysokimi wydmami o wdzięcznej nazwie „Karpaty” dotrzemy do średniowieczne grodzisko „Zamczysko”. Tam również warto zjechać z trasy, by dotrzeć do wsi Górki. Znajdują się tam szczątki tajemniczej sosny.

(14)Silva rerum

Gdy pod Budami Zaborowskimi partia Remiszewskiego została rozbita, Rosjanie podjęli pościg za uciekinierami. Wyłapywano ich przez kilka dni i wieszano bez sądu. Kozacy nie cofali się przed najbrutalniejszymi środkami, takimi jak podpalanie lasu, by zmusić powstańców do opuszczenia kryjówek. Rolę szubienic pełniły dwa drzewa. Pierwszym z nich była wspomniana sosna niedaleko wsi Górki, która zwaliła się w 1994 r., a według miejscowej legendy jej konary stale opuszczone były ku ziemi, wygięte niegdyś pod ciężarem ciał wieszanych, młodych mężczyzn. Drugim drzewem był dąb w uroczysku Wystawa koło Bielin Kampinoskich. Wprawdzie leży on niemal na zachodnim krańcu Puszczy Kampinoskiej, poza naszą trasą, jednak dla najwytrwalszych dotarcie do niego również może być pobudzającym do refleksji doświadczeniem.

Z Górek kierujemy się ku Granicy, gdzie znajduje się Muzeum Kampinoskiego Parku Narodowego. Ekspozycja ma niewielką powierzchnię i poświęcona jest głównie przyrodzie, znajdują się jednak na niej także zabytkowe krzyżyki wyrzeźbione w drewnie pochodzącym z sosny, na której konarach śmierć znalazło kilkudziesięciu młodych Polaków. Przed budynkiem muzeum znajdziemy zaś znajdujący się pod wiatą przedmiot, który niewątpliwie przykuje naszą uwagę. Będzie to… kość szczęki wieloryba bezzębnego, własność jednego z warszawskich muzeów, która zawieruszyła się w Granicy we wrześniu 1939 r.

(15)Silva rerum

Ostatnim przystankiem na naszej drodze będzie Kampinos. Tu, w zabytkowym, klasycystycznym dworze, znajdował się sztab powstańczy Zygmunta Padlewskiego, przygotowującego się do wymarszu z Puszczy, przejścia wraz z częścią uciekinierów po zamarzniętej Wiśle i ataku na Płock. Ponadto na cmentarzu parafialnym w Kampinosie znajduje się mogiła powstańców styczniowych i grób ks. Skibniewskiego, który udzielał pomocy bojownikom. W miejscowości tej możemy chwilę odpocząć i wyruszyć w drogę powrotną wygodną, asfaltową jezdnią, a jeśli jesteśmy bardzo zmęczeni, wystarczy podjechać do Leszna i wsiąść w autobus lub skierować się w drugą stronę – ku Sochaczewowi, by tam wsiąść w pociąg PKP.

(16)Silva rerum

Mapa tzw. obwodnicy rowerowej Puszczy Kampinoskiej. Kolorem zielony wyznacza przebieg szlaku, czerwonym zaznaczono miejsce bitwy pod Budą Zaborowską oraz sosnę i dąb, na których wieszano powstańców.

W Puszczy Kampinoskiej znajduje się jeszcze mogiła powstańców 1863 r. w Wierszach, do niej jednak byłoby nam zupełnie nie po drodze. Czemu jednak nie wybrać się tam podczas kolejnej wizyty w Puszczy Kampinoskiej.

Pokonaliśmy około 50 kilometrów. Mam nadzieję, że nie jesteście bardzo zmęczeni.

METRO

Na zakończenie obiecana dalsza podróż, prowadząca do stolicy Wielkiej Brytanii.

Kiedy w Warszawie wojsko carskie strzelało do uczestników manifestacji patriotycznych, w uroczystym pochodzie na Powązki odprowadzano pięciu poległych, a Wielopolski snuł plany odbudowy autonomii Królestwa Polskiego, w centrum Londynu robotnicy uwijali się jak w ukropie, budując pierwszą na świecie podziemną kolejkę. Na taką samą Warszawa miała poczekać jeszcze ponad 130 lat.

(17)Silva rerum

Grafika ukazująca pociąg wjeżdżający na peron londyńskiego metra, 1863, zbiory London Transport Museum

Plany budowy metra londyńskiego snuto już w czasie, gdy grzmiały armaty pod Olszynką Grochowską. Na realizację planu trzeba było jednak poczekać. Jednym z wizjonerów metra był Charles Pearson, notariusz, który twierdził, że budowa podziemnej kolei pozwoli na wybudowanie pięknych, nowoczesnych dzielnic na obrzeżach miasta i zapewni szybki transport mieszkańców do pracy w centrum i z powrotem. W 1854 r. parlament Wielkiej Brytanii zaakceptował plan budowy w stolicy Metropolitan Railway – od nazwy której pochodzi samo słowo metro (choć, co ciekawe, współcześnie w Londynie nie używa się takiego słowa, używając określenia underground). Firma realizująca inwestycję, Great Western Railway, zaprojektowała nawet specjalne, węższe wagoniki dla nowego typu kolei. Początkowo miały one małe okienka, jednak nie sprzyjało to komfortowi pasażerów, więc w kolejnych modelach wagonów zostały one zwiększone do standardowych rozmiarów. Budowa ruszyła w lutym 1860 r., kiedy w Polsce pozostawało jeszcze kilka miesięcy do śmierci i pogrzebu wdowy po generale Sowińskim. Kierownikiem projektu był inżynier John Fowler, znany wynalazca i przemysłowiec. Pierwszy pociąg przejechał trasę 9 stycznia 1863 r., pokonując pięciomilowy (ok. 8 km) odcinek ze stacji Paddington do Farringdon. Można zauważyć złośliwie, choć z przymrużeniem oka, że Anglikom potrzeba było niespełna trzech lat, by wybudować metro, a Polakom tyle czasu nie wystarczyło, by porządnie przygotować organizacyjnie powstanie.

Angielska kolej podziemna budowana była w czasach, kiedy Londyn niezwykle szybko się rozwijał. Obok metra rozbudowywano sieć latarni gazowych rozświetlających ulice stolicy, przyrastała też infrastruktura wodociągowa. Tak szybkie zmiany budziły zrozumiałe obawy, zwłaszcza wśród konserwatystów. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii, 79-letni lord Palmerston, ten sam, który doprowadził do pogrążenia Rosji w wojnie krymskiej, odmówił udziału w ceremonii otwarcia, mówiąc, że woli spędzić czas, jaki mu jeszcze pozostał, raczej na ziemi niż pod nią.

(18)Silva rerum

Zaproszeni goście na próbnej przejażdżce w pierwszej na świecie podziemnej linii metra, fot. z 1862 r., London Transport Museum

Następnego dnia po uroczystej ceremonii otwarcia podróże kolejką podziemną były bezpłatne. Z możliwości przejazdu metrem skorzystało 30 tysięcy Londyńczyków. 12 milionów zaś pojechało kolejką w pierwszym roku jej funkcjonowania. Pierwszy wypadek śmiertelny miał miejsce dopiero 18 miesięcy po otwarciu metra. Ofiarą była niejaka Kate Gollop, która będąc pod wpływem alkoholu wpadła pod nadjeżdżający pociąg.

Pierwsze pociągi zasilane były silnikami parowymi. Wentylacja działała sprawnie, a liczne szyby pozwalały odprowadzać parę i spaliny oraz wtłaczać do tuneli świeże powietrze. Jeden z nich, zlokalizowany na Leinster Gardens, został nawet wystylizowany na dom w stylu wiktoriańskim. Mimo tych urządzeń, wewnątrz peronów panowała często mgła, w powietrzu unosiła się para i dym. Jeden z pasażerów określił stan na peronach londyńskiego metra „krokodylim oddechem”[15]. Mimo trudności, było to niebywałe osiągnięcie techniki połowy XIX wieku. Kiedy Brytyjczycy cieszyli się kolejką podziemną, wielu Polaków cierpiało w kibitkach odjeżdżających na Syberię czy kazamatach Pawiaka i Cytadeli.

[1] S. Kieniewicz, Manifest 22 stycznia 1863 r., Warszawa 1989.

[2] Odezwa określająca rolę Galicji i Poznańskiego w powstaniu. 7 lutego 1863 r., [w:] Dokumenty Komitetu Centralnego Narodowego i Rządu Narodowego 1862-1864. Oprac. E. Halicz, S. Kieniewicz, I. Miller, Warszawa 1968, s. 46-47.

[3] J. Łukaszewski, Pamiętnik z lat 1862-1864, Warszawa 1973

[4] Historia Bydgoszczy, t. I, Do roku 1920, pod red. M. Biskupa, Warszawa-Poznań 1991.

[5] Ustęp ten opracowałem korzystając przede wszystkim z tekstu D. Murzynowskiej i J. Potęgi, Prasa tajna 1861-1864, dostępnym na stronie internetowej Biblioteki Narodowej – zob http://www.bn.org.pl/powstanie/index.php?url=prasa#t02 data wejścia 26.08.2014. Wszystkie ilustracje pochodzą ze zdigitalizowanych zasobów Biblioteki Narodowej.

[6] Zob: Prasa tajna z lat 1861-1864., [w: ] Powstanie styczniowe. Materiały i dokumenty, t. I, red. S. Kieniewicz, I. Miller, Wrocław 1970; Prasa polska w latach 1661-1864, red. J. Łojek, Warszawa 1976.

[7] Więcej o tej postaci zob. H. S. Zawadzki, Józef Bogdan Wagner, dyrektor tajnych drukarń Rządu Narodowego w powstaniu styczniowym, Toruń 1987.

[8] Treść prasy powstańczej zanalizowano pod tym kątem w książce: L. Mariak, Perswazyjność prasy tajnej okresu powstania styczniowego na przykładzie leksyki, Szczecin 2001.

[9] M. Możdzyńska-Nawotka, O modach i strojach, Wrocław 2005.

[10] Por. M. Szuman-Gorczyca, Biżuteria patriotyczna, katalog zbioru Muzeum Okręgowego w Koninie, Konin 1986.

[11] Zob. tekst J. Bojańczyk pt. Złoto dałam na żelazo na portalu powstaniestyczniowe.nck.pl. http://powstaniestyczniowe.nck.pl/?p=970 data wejścia 26.08.2014 r.

[12] Odezwa o rezygnacji z żałoby narodowej, [w:] Dokumenty Komitetu Centralnego Narodowego i Rządu Tymczasowego 1862-1864, oprac. E. Halicz, S. Kieniewicz, I. Miller, Wrocław 1968, s. 256-267.

[13] Więcej o symbolice barw w liturgii pisze ks. Marian Cynka w tekście Symbolika kolorów szat liturgicznych, Nasza Wspólnota, nr 113, sierpień 2007. Tekst dostępny też w internecie na stronie http://www.iwonicz.przemysl.opoka.org.pl/gazetka/sierpien2007/symbolika_kolorow.htm data wejścia 26.08.2014 r.

[14] Więcej o bitwie pod Budą Zaborowską pisał W. Świątkiewicz w artykule Powstańcy z Puszczy Kampinoskiej. Zob http://www.niedziela.pl/artykul/75938/nd/Powstancy-z-Puszczy-Kampinoskiej data wejścia 26.08.2014 r.

[15] Zob. http://www.mirror.co.uk/news/uk-news/going-underground-a-metro-spective-to-celebrate-150-1522223 data wejścia 25.08.2014, jak też http://www.zainstalujsie.pl/inicjatywy-zrealizowane-w-poprzednich-edycjach/stypendia-zagraniczne/arcelormittal-london-steel-trip/london-steel-trip/article/krotka-historia-londynskiego-metra.html data wejścia 25.08.2014.

Komentarze