Za wolność Waszą i Naszą – udział zagranicznych ochotników w powstaniu styczniowym

O kongresie wiedeńskim zwykło się mawiać, że był gorsetem na tyjące cielsko Europy. Jego postanowienia, konserwując przedrewolucyjny porządek na Starym Kontynencie, ignorowały aspiracje wielu narodów europejskich. Dotyczyło to zarówno narodów o długiej tradycji, zwanych niekiedy historycznymi, które w XIX wieku, w wyniku różnorakich zakrętów dziejowych albo nie posiadały własnego państwa (jak Polacy, Węgrzy, narody bałkańskie) albo żyły w wielu małych państewkach i różnego typu wspólnotach politycznych (Niemcy, Włosi), jak i tych, których świadomość narodowa dopiero się formowała (Ukraińcy, Białorusini, narody bałtyckie).

NARODY W EUROPIE XIX WIEKU I ICH DĄŻENIA – CHARAKTERYSTYKA OGÓLNA

Patrząc z tej perspektywy, można traktować historię XIX wieku jako dzieje dążenia narodów do samostanowienia i uzyskania możliwości tworzenia własnego państwa. Narody te, mniej lub bardziej aktywnie, dążyły do zmiany zastanego stanu rzeczy. Karty w Europie rozdawały jednak przede wszystkim wielkie imperia, w Europie Środkowej i Wschodniej wielonarodowe i wieloetniczne, a te na ogół niezwykle krytycznie odnosiły się do narodowościowych dążności. Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austriackie i Królestwo Prus dość konsekwentnie, zwłaszcza w ciągu pierwszych kilkudziesięciu lat po kongresie wiedeńskim[1], wspierały się w zwalczaniu dążeń narodowowyzwoleńczych części swoich poddanych. Zawarte w 1815 Święte Przymierze było zobowiązaniem monarchów z dynastii Romanowów, Habsburgów i Hohenzollernów do wzajemnego wspierania się w tłumieniu prób wybicia się na niepodległość wszystkich narodów zamieszkujących ich imperia. Choć siłą rzeczy wymierzone było przede wszystkim w Polaków, gdyż jedynie oni zamieszkiwali każde z tych trzech państw, bywało narzędziem do zdławienia aspiracji również innych narodów. Jeden z najważniejszych przykładów współpracy mocarstw w ramach Świętego Przymierza miał miejsce w 1849 r., kiedy to przy wydatnej współpracy wojsk rosyjskich Austriacy stłumili powstanie węgierskie. I choć w latach 60-tych XIX wieku Święte Przymierze przestało funkcjonować, to wciąż sprawa polska traktowana była przedmiotowo przez trzy zaborcze mocarstwa, które były gotowe wspólnie tłumić aspiracje Polaków, jeśli miały w tym korzyści polityczne.

W państwach, które, stosując pewne uproszczenie, moglibyśmy nazwać „narodowymi”, również dochodziło do przemian społecznych, znajdujących odbicie w wydarzeniach politycznych. We Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii nie domagano się wprawdzie niepodległości, jednak coraz więcej grup społecznych dążyło do uzyskania swobód politycznych i możliwości posiadania wpływu na sprawy państwowe.

Wiek XIX znał mnóstwo przykładów wystąpień narodowowyzwoleńczych bądź wolnościowych. Za przykład niech posłużą powstanie greckie i wybicie się Grecji na niepodległość (lata 1821-1830), powstanie belgijskie i utworzenie niepodległej Belgii (1830) czy też zrywy mniej udane: powstanie listopadowe i styczniowe w Polsce, wystąpienie dekabrystów w Rosji, rewolucja lipcowa we Francji, Wiosna Ludów czy powstanie węgierskie. Wiele z tych wystąpień było niezwykle krytycznie oceniane przez rządy europejskich wielkich graczy, widzące w nich zagrożenie dla wypracowanego z trudem w Wiedniu europejskiego systemu bezpieczeństwa i ładu, choć niektóre (jak np. kwestia utworzenia niepodległej Grecji), ze względu na doraźne korzyści polityczne, uzyskały w końcu aprobatę „koncertu mocarstw”. Jednocześnie, wydarzenia te cieszyły się wielkim poparciem intelektualistów, artystów i ludzi kultury we wszystkich zakątkach Europy. Walczący o swoje wyzwolenie narodowe lub polityczne Francuzi, Niemcy czy Włosi z sympatią odnosili się do chociażby do walczących Polaków, mogąc zresztą liczyć na wzajemność. Rosyjscy dysydenci, jak np. Aleksander Hercen czy Michaił Bakunin, z wielką sympatią mówili i pisali o polskich powstańcach, krytycznie oceniając działania caratu, dążącego wszelkimi dostępnymi środkami do stłumienia insurekcji. Również polscy rewolucjoniści ciepło myśleli o jednoczących się Włoszech, powstającej Grecji czy Belgii, o dążeniach emancypacyjnych w Rosji (czego przykładem jest wiersz „Do przyjaciół Moskali”, autorstwa Adama Mickiewicza) i Węgier. To charakterystyczne zjawisko głębokiego dysonansu postaw i myślenia elit władzy i większości elit intelektualno-twórczych było cechą charakterystyczną Europy przez cały wiek XIX. Wówczas ukształtowało się również hasło „za wolność waszą i naszą”.

IDEA WALKI „ZA WASZĄ I NASZĄ WOLNOŚĆ”

Zdanie „za wolność waszą i naszą” oznacza, iż każdy demokrata, każdy zwolennik idei samostanowienia, każdy działacz narodowy[2] powinien wspierać analogiczne dążenia w każdym innym państwie Europy. Mówiąc wprost, każdy Anglik, żądający powszechnego prawa wyborczego w swoim kraju, winien wesprzeć w możliwie największy sposób walczących o niepodległość Greków, każdy Polak, marzący o odbudowie Rzeczpospolitej, powinien trzymać mocno kciuki, a gdy to możliwe bić się ramię w ramię z bratankami Węgrami, każdy zaś Włoch, chcący pełnej jedności dla swego rozbitego kraju, powinien sympatyzować z polskimi powstaniami, jednocześnie jednak licząc na wzajemność.

Dzieje XIX wieku znają wiele aktów walki w szeregach wojsk obcych armii w ramach idei „za wolność waszą i naszą”. Oczywiście zjawisko wstępowania obcych ochotników do szeregów powstańczych nigdy nie miało masowego charakteru, jednak bardzo podnosiło morale i działało na wyobraźnię walczących, a ponadto zwracało uwagę międzynarodowej opinii publicznej na ich sprawę.

NAJSŁYNNIEJSI BOJOWNICY O WYZWOLENIE INNYCH NARODÓW

Najbardziej bodaj znanym XIX wiecznym bojownikiem „za wolność waszą i naszą” był George Gordon Byron. Ten angielski poeta romantyczny, autor słynnego poematu Giaur, walczył w szeregach helleńskich powstańców w latach 1823-1824, kiedy to stracił życie w bitwie w pobliżu miejscowości Missolungi nad Zatoką Koryncką. Byron, choć bardzo bogaty i wpływowy w angielskich kręgach artystycznych, był niespokojnym duchem. Jego życie wypełniały liczne romanse i skandale towarzyskie. Dużo podróżował. Odwiedził m.in. Francję, Szwajcarię oraz Italię (gdzie przez kilka lat nawet mieszkał). Do Grecji dostał się trochę przez przypadek. Nie jest jasne, czy realizował tam jakąkolwiek misję dyplomatyczną zleconą przez rząd angielski, ale – kiedy już się tam znalazł – bardzo mocno zaangażował się w walkę na rzecz niepodległości Hellady. Z własnej kieszeni (a jako angielski baron był człowiekiem majętnym) finansował doposażanie greckiej floty i tworzenie oddziałów lądowych. Niestety, po kilku miesiącach pobytu w Helladzie, w lutym Byron zachorował (prawdopodobnie na malarię), by po kilku miesiącach umrzeć. Mimo, iż nie odegrał kluczowej roli w wojnie grecko-tureckiej trzeciej dekady XIX wieku, jego postawa wzbudziła ogromny podziw wśród walczących Greków. Do dziś w Grecji Byron uchodzi za jednego z bohaterów narodowych.

Najsłynniejszą polską postacią, ucieleśniającą w sposób dosłowny ideę walki „za wolność naszą i waszą” był, jak się zdaje, Józef Bem. W 1830 i 1831 roku generał artylerii w powstaniu listopadowym, wsławił się m.in. udaną szarżą kawaleryjską w bitwie pod Ostrołęką. Za zasługi na polach bitew tego powstania został uhonorowany orderem Virtuti Militari, najwyższym polskim odznaczeniem wojennym. Wobec klęski tego zrywu musiał opuścić Królestwo Polskie i udać się na emigrację, gdzie przez wiele lat bez powodzenia próbował tworzyć legiony polskie. Kiedy w 1848 r. wybuchało powstanie węgierskie, udał się na ziemie Madziarów. Dowodząc w Siedmiogrodzie i Banacie (dziś Rumunia), w tzw. kampanii zimowej (grudzień 1848-marzec 1849) dał się poznać jako wybitny dowódca, doceniany nawet przez przeciwników. W szeregach jego armii walczył słynny węgierski poeta romantyczny Sandor Petofi. Bem musiał ustąpić pola dopiero przed wspólnymi siłami austriacko-rosyjskimi dowodzonymi przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza (tego samego, który tłumił powstanie listopadowe). W sierpniu 1849 r., po klęsce pod Temeszvarem (Timisoarą), gdy rewolucja węgierska wygasła, przekroczył granicę turecką. W Imperium Osmańskim przeszedł na islam, wstąpił do tureckiej armii, której został generałem, założył fabrykę prochu w mieście Aleppo (dziś Syria), snuł plany reorganizacji sułtańskiego wojska i budowy w Turcji fortyfikacji. Zamiary te pokrzyżowała malaria, na którą zapadł w 1850 r. i która okazała się śmiertelna. Podobno jego ostatnie słowa brzmiały: „Polsko, Polsko, ja cię już nie zbawię” (choć trudno dokładnie ustalić, ile jest w tym z legendy).

Przykładów postaci, walczących poza granicami własnych krajów i za sprawę, która pozornie ich nie dotyczyła, było bardzo wiele. Przez cały wiek XIX nie zabraknie ochotników do rewolucyjnej walki o wolność narodową i społeczną. W czasie wojen napoleońskich, Wiosny Ludów, w walkach o zjednoczenie Włoch (w mniejszym stopniu o zjednoczenie Niemiec, gdyż to zostało dokonane w sposób odgórny, „krwią i żelazem”, przez polityków i generałów pruskich, przy niewielkim udziale społeczeństwa), w powstaniach narodowych: greckim, belgijskim, węgierskim, polskich oraz na Bałkanach, będą brali udział bojownicy walczący przeciw konserwatywnemu porządkowi narzuconemu przez ład wiedeński. Ich osobiste motywacje będą różne: od radykalnych przekonań politycznych, przez nadzwyczajną wrażliwość na niesprawiedliwość społeczną (jak w przypadku wielu poetów romantycznych), aż po skłonność do awanturnictwa i poszukiwania niebezpiecznych przygód.

OCHOTNICY ZAGRANICZNI W POWSTANIU STYCZNIOWYM

W tradycję walki „za wolność naszą i waszą” doskonale wpisują się ochotnicy zagraniczni, walczący w szeregach powstańców styczniowych: członkowie spisków narodowowyzwoleńczych, dowódcy partii czy szeregowi żołnierze. Wśród nich najsłynniejsze i najczęściej przywoływane przez podręczniki (nie tylko akademickie) oraz publicystów postaci to: Francesco Nullo, Francois Rochebrune i Andrij Potebnia. Nie byli to jedyni zagraniczni bojownicy, walczący z caratem o wybicie się Polski na niepodległość, oni jednak wsławili się największymi czynami bojowymi.

ANDRIJ POTEBNIA

Andrij Potebnia (z rosyjska jego nazwisko zapisywane i wymawiane było: Andriej Potiebnia) urodził się we wsi Pierekopowka w środkowej Ukrainie (gubernia połtawska), a jako człowiek o ukraińskiej świadomości narodowej, krytycznie patrzył na wiele poczynań caratu. I choć zrobił karierę w wojsku rosyjskim, kończąc prestiżowy petersburski Konstantynowski Korpus Kadetów, a następnie służąc w twierdzy Szlisselburg (tej samej, w której od 1822r. więziony był polski patriota i twórca spisku Towarzystwo Patriotyczne – Walerian Łukasiński), pozostał rewolucjonistą. W 1861 r. Potebnia założył tajny Komitet Oficerów Rosyjskich w Polsce, będący ekspozyturą analogicznej organizacji w Rosji – Koła Oficerów Polskich w Petersburgu. Obie organizacje za cel stawiały sobie współpracę w doprowadzeniu do powstania niepodległej Polski oraz głębokich reform społecznych w obu krajach: w tym zniesienia carskiego samodzierżawia. W prace Komitetu Oficerów Rosyjskich zaangażowany był czołowy działacz „czerwonych” Jarosław Dąbrowski, a jego członkowie zasilili potem powstańcze szeregi. 27 czerwca 1862 r. Potebnia dokonał nieudanego zamachu na namiestnika Królestwa Polskiego, Aleksandra Ludersa. Bezpośrednią inspiracją zamachu miał być odwet za stosowanie z inicjatywy Ludersa tortur na więzionych i przesłuchiwanych członkach konspiracji oraz rozstrzelanie trójki z nich. Zamach ten wpisywał się jednak w długi łańcuch terroru stosowanego przez spiskowców, a później powstańców styczniowych. W łańcuchu tym zawierają się kilkukrotne próby targnięcia się na życie Aleksandra Wielopolskiego, zamach na wielkiego księcia Konstantego czy próba zgładzenia we wrześniu 1863 r. Fiodora Berga. Potebnia nie został ujęty po zamachu na Ludersa i uniknął kary. 22 stycznia 1863 r. przebywał w Warszawie w konspiracyjnej siedzibie Rządu Narodowego (wraz z m.in. Stefanem Bobrowskim). To dzięki obecności w strukturach konspiracyjnych takich ludzi jak Potebnia, kierownictwo powstania liczyło na jego wielkie wsparcie przez rewolucjonistów rosyjskich, którzy mieli masowo przyłączać się do insurekcji. Nadzieje te, jak wiemy, w znacznej mierze okazały się płonne.

Po wybuchu insurekcji Andrij Potebnia zaangażował się w walkę partyzancką. Walczył w oddziale Antoniego Jeziorańskiego, będącego częścią wielkiej partii Mariana Langiewicza. Uczestniczył w jednej z potyczek na szlaku bojowym Langiewicza – pod Pieskową Skałą, by dzień później znaleźć śmierć w bitwie pod Skałą – o ironio wygranej dla Polaków, w której to zmusili oni spory oddział Rosjan do wycofania się w okolice Miechowa.

FRANCESCO NULLO

Francesco Nullo był włoskim patriotą urodzonym w miasteczku Bergamo, znajdującym się pod panowaniem Habsburgów i gorącym orędownikiem Italii, od średniowiecza rozbitej politycznie. Jak wiemy, w chwili wybuchu powstania styczniowego dzieło jednoczenia Italii nie zostało jeszcze ukończone, jednak obrót spraw wydawał się korzystny. Nullo, przyjaciel i powiernik słynnego Giuseppe Garibaldiego, rewolucjonisty włoskiego, uczestniczył w słynnym „marszu tysiąca czerwonych koszul”, który przyłączył do Królestwa Sardynii i Piemontu południowa Italię (wojska istniejącego tam państwa – Królestwa Obojga Sycylii –masowo przechodzili na stronę Garibaldiego, co tłumaczy jego bezprecedensowy sukces zrealizowany wyjątkowo skromnymi siłami). Wszystkie ziemie włoskie nie znalazły się jeszcze pod berłem Wiktora Emanuela II z dynastii sabaudzkiej, na przyłączenie Wenecji i Rzymu trzeba było jednak poczekać, aż koniunktura międzynarodowa to umożliwi. Gdy tymczasem w Polsce wybuchła insurekcja. Nullo, jako wierny dewizie „za wolność naszą i waszą” i sympatyzujący z ruchami narodowowyzwoleńczymi w całej Europie, postanowił wziąć w niej udział. Do Polski przybył w kwietniu 1863 r., by uformować tu bodaj najbardziej, obok żuawów, znany oddział wojskowy zagranicznej prowieniencji, walczący w powstaniu styczniowym, tzw. legion garibaldczyków. Legion ten tworzony był przez Menottiego Garibaldiego, syna sławnego Giuseppe (przez pewien czas liczono nawet, że Menotti osobiście weźmie udział w powstaniu styczniowym, nie doszło jednak do tego). Szlak bojowy garibaldczyków był jednak wyjątkowo krótki. Nullo wraz z włoskimi ochotnikami został wcielony do partii Józefa Miniewskiego, której celem miało być przedostanie się na Mazowsze i tam kontynuowanie walk. Nullo przekroczył granicę Królestwa Polskiego 3 maja 1863 r. Jak wspomina Miniewski:

Przybyły ze mną płk Nullo, mianowany przeze mnie szefem sztabu, dla jego sławy zdobytej u Garibaldiego, nie mógł mi być w niczym pomocny z powodu nieznajomości języka i stosunków miejscowych, porozumiewał się więc tylko z legią zagraniczną, której powierzyłem mu komendę[3].

Udało mu im 4 maja stoczyć zwycięską potyczkę z Rosjanami. Dzień później legion garibaldczyków, wcielony do Korpusu Mazowieckiego Miniewskiego, został zaskoczony przez Rosjan pod Krzykawką. Pod koniec trzygodzinnej bitwy, w której znakomicie odpierano rosyjski atak, Nullo otrzymał postrzał w pierś, który okazał się śmiertelny. W potyczce zginął też drugi z Włochów, Stefano Elia Marchetti, a dziewięciu ochotników z Italii dostało się do rosyjskiej niewoli. Włoski legion, pozbawiony dowódcy, okazał się bezużyteczny i wrócił przez Galicję do Italii. Nullo, choć jego realne zasługi dla sprawy polskiej były niewielkie, pozostał jednak zapamiętany.

(1)Za wolność Waszą i Naszą(2)Za wolność Waszą i Naszą

Z lewej Andrij Potebnia, z prawej Fracesco Nullo

FRANCOIS ROCHEBRUNE I JEGO ŻUAWI ŚMIERCI

Postacią szczególną dla powstania styczniowego był Francois Rochebrune. Ten doświadczony żołnierz francuski, weteran walk kolonialnych w Algierii, toczonych przeciw Arabom (o ironio, jak bardzo udział w takich walkach jest sprzeczny z ideałem „za wolność naszą i waszą”) utworzył w Polsce doskonale zorganizowany i świetnie wyszkolony oddział, swego rodzaju „siły specjalne” powstania styczniowego. Rochenbrunne,

…młody jeszcze człowiek [w chwili wybuchu powstania Rochebrune był w wieku Chrystusowym: miał 33 lata, przypis autora], średniego wzrostu, dosyć szczupły, smagławej cery, brunet, miał twarz wydłużoną typu Francuza południowych prowincji, z wąsem krótkim i małą hiszpanką, z oczami czarnymi, świdrującymi, przenikliwymi. Jakąś stanowczość, śmiałość, zuchwałość nawet wyczuwało się w nim z ruchów, z mowy, z głosu, a to pierwsze wrażenie wzbudzało zaufanie w jego żołnierskie przymioty. Byliśmy zachwyceni naszym pułkownikiem – wspomina Stanisław Grzegorzewski, sierżant służący pod komendą Francuza[4].

(3)Za wolność Waszą i Naszą

Francois Rochebrune w mundurze żuawa śmierci, fotografia ze zbiorów CBN Polona.

Oddział zwany żuawami śmierci przebył krótki szlak bojowy, zapadł jednak w pamięć zarówno insurgentów – dodając im otuchy i wiary w sukces, jak i Rosjan, wśród których wywoływał podziw pomieszany ze strachem. Żuawi sformowani zostali na wzór podobnych jednostek, służących w armii francuskiej już od lat 30-tych XIX wieku. Ich nazwa związana jest ze słowem Zuawa: arabską nazwą plemienia Zouaoua, zamieszkującego pustynie Algierii, współpracującego (chciałoby się powiedzieć – kolaborującego) z Francuzami ze względu na doraźne korzyści polityczne. Francuscy żuawi mieli specyficzne umundurowanie, w których widać było wpływy orientalne, złożone z czerwonych, bufiastych spodni, niebieskich kaftanów i charakterystycznych nakryć głowy – czerwonych fezów. Umundurowanie żuawów francuskich posłuży za wzór przy tworzeniu analogicznego oddziału na ziemiach polskich. Zouaves z ojczyzny Rochebrune’a swój chrzest bojowy przeszli w trakcie wojny krymskiej, gdzie odegrali niemałą rolę w oblężeniu i zdobyciu Sewastopola. Uczestniczyli potem w kluczowych walkach na kontynencie: kampanii zjednoczeniowej Włoch, wojnie francusko-pruskiej, a także I wojnie światowej, wielokrotnie brali też udział w różnego typu interwencjach zamorskich. Ostatecznie oddziały te zostały rozwiązane dopiero w 1962 r., w następstwie wycofania się Francji z Indochin i Afryki i faktycznym rozpadem francuskiego imperium kolonialnego. Na marginesie warto dodać, że oddziały wzorowane na żuawach francuskich walczyły nie tylko w Polsce, ale też w dziejącej się w tym samym czasie co powstanie styczniowe amerykańskiej wojnie domowej, zwanej secesyjną – i to zarówno po stronie Unii, jak i Konfederatów.

(4)Za wolność Waszą i Naszą

Aleksander Raczyński, Żuawi w walce, ok. 1858 r.

DYSCYPLINA W ODDZIALE

W szeregi polskich żuawów śmierci wchodzili przedstawiciele wielu krajów, choć większość stanowili Polacy. Rochebrune, mimo iż nie znał języka polskiego, był w stanie zaprowadzić w oddziale dyscyplinę i porządek, a żołnierze służyli wzorowo pod jego komendą. Sam francuski oficer mieszkał na ziemiach polskich już od pewnego czasu, prowadząc w Krakowie szkołę fechtunku, znał jednak po polsku najpewniej tylko kilka słów. Do swojego oddziału mówił po francusku, jednak obdarzony charyzmą i mający doświadczenie wojenne (którego tak brakowało polskim dowódcom oddziałów partyzanckich), potrafił skutecznie dowodzić żołnierzami i egzekwować polecenia. Jak wspomina Marcin Rembacz:

…po kilkugodzinnej bitwie [mowa o starciu pod Grochowiskami, przypis autora] (…) gdy powróciłem na stanowisko, zauważyłem niemałe zamieszanie; kosynierzy zaczęli się cofać i uciekać. Szczęściem jenerał Rochebrun, były podoficer żuawów armii francuskiej, przywykły do wojny podjazdowej w Algierii przeciwko Arabom, widząc chwiejącą się linię i cofających z pośpiechem kosynierów, poskoczył ku nim, aby ich zawrócić. Uciekającym zagroził kulą, chwytał za kołnierz i wpychał do szeregu, porządkował, ustawiał, a krzycząc z francuska: „Psiakhew, któha godzina (tyle, zdaje się, umiał po polsku) en avant” prowadził kolumnę rozweseloną tymi wykrzyknikami do ataku[5].

UZBROJENIE UMUNDUROWANIE I ETOS ŻUAWÓW

W oddziale żuawów służyli najsprawniejsi powstańcy, odznaczał się on także znacznie lepszym, niż przeciętne, uzbrojeniem. Do każdej partii z wielką chęcią przyjmowano ochotników z własnym uzbrojeniem, jednak w przypadku akcesu do żuawów było to szczególnie ważne. Na dołączenie nowego ochotnika do tego oddziału wyrazić musiał zgodę sam dowódca. Jak wspomina Filip Sanbra Kahane, jeden z żołnierzy oddziału Rochebrune’a:

W lutym 1863 roku przybyłem z sanockiego do Krakowa, w intencji zaciągnięcia się do najbliższej partii powstańczej. (…) Miałem zamiar wstąpienia do żuawów, którymi dowodził pułkownik Rochebrunne, Francuz. Wiozłem ze sobą 8 sztuk broni palnej i 2 pałasze. Z tego powodu byłem pożądanym nabytkiem, różne też oddziały robiły starania, aby mnie pozyskać dla siebie. Oparłem się jednak pokusie i (…) wstąpiłem do żuawów[6].

Żuawi, jako oddział najlepiej przygotowany do boju i najstaranniej zorganizowany, byli zresztą uprzywilejowani przy podziale broni, jaka pozostawała do dyspozycji powstańców. Cytowany już przez nas Marcin Rembacz wspomina, jak to do bardzo dużej partii powstańczej, dowodzonej przez Mariana Langiewicza, w której służył, dotarła dostawa broni. Pierwszeństwo przy jej rozdawaniu przypadło właśnie oddziałowi Rochebrunne’a.

Na wieść, że nowa broń ma nadejść z Krakowa do obozu, zgłosiłem się jako ochotnik z czwartą kompanią na czaty. Stojąc przy drodze niedaleko granicy, otrzymywaliśmy od rodaków przyjeżdżających z Krakowa do obozu – chleb, wódkę, kiełbasę i cygara. Po kilku dniach przybyło sześć fur z 500 belgijskimi sztućcami i bagnetami, które przeważnie rozdano żuawom, małą zaś ilość rozdzielono między odznaczających się trafnym strzelaniem[7].

Swoją drogą w partii Langiewicza, na tyle dużej, że nie musiała się ukrywać przed Rosjanami i stacjonującej blisko bezpiecznej granicy galicyjskiej i Krakowa, można było czasem liczyć na nieliche rarytasy – kiełbasa i cygara to zjawisko niemal nie występujące w oddziałach operujących w innych częściach zaboru rosyjskiego.

Żuawi byli oddziałem elitarnym. Obowiązywał w nim swoisty ceremoniał, którego pierwszym i ważnym elementem była przysięga, której wymiar przywołuje na myśl starożytnych Spartan, mogących honorowo powrócić z boju jedynie z tarczą (jako zwycięzcy) lub na tarczy (polegli i przyniesieni przez towarzyszy broni). Kahane przypomina: „złożyłem przysięgę, że albo wrócę zwycięzcą – lub nie wrócę wcale z pola bitwy. Z tego to powodu, zwano nas <<Żuawami śmierci>>”[8]. Spośród innych partii powstańczych, oddziały Rochebrunne’a wyróżniało jednolite umundurowanie, tak rzadkie w powstaniu styczniowym, w którym wielu walczyło przecież w cywilnych ciuchach. Żuawi nosili czarne płaszcze i koszule z charakterystycznym białym krzyżem, przywodzącym na myśl średniowieczne zakony rycerskie. Taki ubiór dodawał powagi, musiał też budzić respekt, jeśli nie przerażenie, w szeregach wroga. O swoim ubiorze mimochodem mówi cytowany już Kahane, choć wspomina o nim w smutnym kontekście. Otóż w bitwie pod Grochowiskami zostaje ciężko ranny w rękę, jego kość jest pogruchotana, jednak w szoku postanawia wrócić na pole bitwy, i choć wie, że nie jest w takim stanie pomóc towarzyszom, szuka śmierci na placu boju. Uważa ją w takim momencie za lepszą od inwalidzkiego życia. Wówczas to bohater zachęca Rosjan: „Tu, tu strzelajcie, w ten krzyż biały, w ten fez czerwony”[9]. Szczęśliwie jednak kule mijają go, a na polecenie dowódcy dwóch żuawów pod przymusem odprowadza rannego do ambulatorium. I, choć ręki nie udaje się uratować, Kahane[10] wróci jeszcze do powstańczych oddziałów, przejdzie przez carskie więzienia, by dożyć czterdziestej rocznicy wybuchu narodowej rewolucji.

mundur-zuawa

Mundur żuawa śmierci, ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego

Nie uprzedzajmy jednak faktów. W oddziale Rochebrune’a panowała surowa dyscyplina. Aby nie dopuścić do rozprzężenia, wolne chwile wypełniała żołnierzom musztra i ćwiczenia wojskowe. Dzięki temu oddział zachowywał w każdej praktycznie chwili pełną gotowość bojową. Jak wspomina jeden z żołnierzy:

Rochebrunne zajmował nas całymi dniami ćwiczeniami wojskowymi, wkrótce jednak otrzymaliśmy rozkaz wyruszenia pod Miechów, dla zaatakowania Moskali, którzy się tam w znacznej liczbie rozłożyli.[11]

Mając wysokie morale, zdolni byli żuawi zarówno na polu bitwy, jak i w innych działaniach, do dokonywania rzeczy niezwykłych. „Po ciężkim, 17to godzinnym marszu stanęliśmy 17 lutego pod Miechowem, gdzie bez chwili odpoczynku uderzyliśmy na Moskali”[12].

NA SZLAKU BOJOWYM ŻOŁNIERZY ROCHEBRUNE’A

Przegrana bitwa pod Miechowem, która tylko dzięki oddziałom Rochebrune’a nie skończyła się spektakularną klęską, poskutkowała znacznym osłabieniem szeregów żuawów. „Potyczka ta, którą rzezią nazwać można, lekkomyślnie była prowadzona, bez obliczenia sił nieprzyjaciela i jego dogodnej pozycji wśród murów kościelnych. Ponieśliśmy straty ogromne, szczególniej żuawi – i nie wyparliśmy Moskali z miasta”[13].

Rochebrunne jako dowódca cieszył się bezgranicznym niemal zaufaniem i oddaniem większości swoich żołnierzy, gotowych na poświęcenia zarówno dla niego samego, jak i dla oddziału. Kahane wspomina, że gdy podczas bitwy pod Miechowem jeden z jego towarzyszy broni, chorąży, został postrzelony i upadł, wypuszczając sztandar, sam chwycił go natychmiast i pilnował jak oka w głowie do końca bitwy. „Do końca potyczki niosłem sztandar. Potem (…) zdjąłem chorągiew z drzewca i jak relikwię ukryłem na piersiach. Oddałem ją później Rochebrunne’owi”[14]. Francuskiego oficera wyróżniała waleczność, zdecydowanie, pewność siebie i zdolność do szybkiego podejmowania decyzji, nierzadko decydująca o sukcesie w wojennych przedsięwzięciach, ale też i porywczość i ogromna osobista ambicja. Podobnie jak żołnierze do dowódcy, Rochebrunne wykazywał przywiązanie do swoich podwładnych. „Gdy ten dzielny pułkownik zobaczył, że ze 150 żuawów zostało tylko kilkunastu, zasłonił sobie oczy, rzewnie zapłakał, wyrzekając na Kurowskiego. Powiedział wtenczas, że z garstką pozostałych walczyć nie może i że jeśli kto chce, może wrócić do domu”[15]. Nikt jednak z pozostałych przy życiu żołnierzy francuskiego oficera-ochotnika nie chciał słyszeć o rozwiązaniu oddziału i rozejściu się. „Wielu z nas, a mianowicie strzelcy i kosynierzy, udali się do Krakowa, my żuawi jednak – zostaliśmy przy Rochebrunie i jeszcze garstka innych przyłączyła się do nas, tak, że było nas wszystkich około 40-tu. Mieliśmy zamiar dostać się do lasów świętokrzyskich”[16].

Filip Kahane po klęsce miechowskiej i krótkotrwałej dezintegracji oddziały żuawów, powrócił w ich szeregi niedaleko Goszczy. Ponowne zasilenie szeregów żuawów wspomina następująco: Zastałem w Goszczy Rochebrunne’a, a przy nim nowy oddział żuawów, który wzrósł w tym czasie do liczby 300. (…) Pod Goszczą leżeliśmy obozem dni kilkanaście, a w tym czasie odbywaliśmy ćwiczenia, bo Rochebrunne nie dał nam ani jednego dnia próżnować, a swoje gorące przemowy zachęcające do męstwa i wytrwałości zaczynał od słów <<Zouaves de la mort!>>”. Nadużycia były surowo karane. „Niektórzy z nas nocowali w Chobrzu w pałacu Wielopolskiego, budząc zazdrość tych, którym przeznaczenie poskąpiło przyjemności nocowania pod dachem, na miękkiej kanapie i kosztowania wina z piwnicy margrabiego. Obozowało wielu na dworze, przeklinając dowództwo i szczęśliwych towarzyszy. Jednemu z oficerów, który przebrał miarę w swobodzie wyrażeń, a jakimś trafem Rochebrunne się o tym dowiedział, odebrał szarżę, degradując do na szeregowca bez broni”. W przypadku skrajnej niesubordynacji w oddziale Rochebrunne’a przewidywana była nawet kara śmierci.

Ostatnią dużą potyczką powstańczą, w której wsławili się żuawi śmierci, była bitwa pod Grochowiskami z 18 marca 1863 r. Potężny oddział dyktatora Langiewicza został tam zaatakowany przez liczącą 3,5 tysiąca żołnierzy i posiadającą 6 armat jednostkę rosyjską, i to w chwili, gdy znajdował się w grząskim terenie. Zaskoczony i zmuszony do rozpaczliwej obrony Langiewicz zdołał osiągnąć pewien sukces, odpierając atak Rosjan i nie dopuszczając do rozbicia swojej partii. Szczególne zasługi w bitwie stały się udziałem żuawów śmierci, którzy w brawurowej szarży zneutralizowali rosyjską artylerię. Przejęcie armat było możliwe jedynie dzięki znakomitej organizacji, doskonałemu wyszkoleniu i przygotowaniu fizycznemu oraz szaleńczej momentami odwadze żuawów. „Gdy moskiewskie armaty coraz większe spustoszenie zaczęły robić w naszych szeregach, wtenczas Rochebrunne wezwał nas na ochotnika by pójść na armaty. Wystąpiło nas kilkunastu żuawów w tym Zwierkowski i ja – wspomina Kahane – Niebawem napotkaliśmy oddział dragonów, z którym mieliśmy potyczkę. Rochenbrunne uformował nas żuawów w dwa szeregi – i podczas gdy jeden szereg strzelał, drugi broń nabijał. Mieliśmy wtenczas już sztućce belgijskie. Dowódca nasz zakomenderował en avant ! au pas gymnastique! I sam na czele poprowadził na dragonów. Ubito pod nim konia, on ani się obejrzał, tylko krokiem gimnastycznym pędził naprzód. Dragoni sądząc, że nas jest więcej, zaczęli się cofać. A my dalej na nich nacierać. Pościg krokiem gimnastycznym był uciążliwy i niektórzy zaczęli w tyle zostawać, wtenczas Rochenbrunne zwrócił się do nas twarzą i postępując ciągle, wyciągnął rękę z rewolwerem, grożąc nim każdemu ktoby ustał lub krok zmienił. Zwyciężyliśmy wtenczas, ale też i wodza mieliśmy pod którego rozkazami warto było służyć”[17]. Przy ogromnym wkładzie Rochebrunna i żuawów bitwa pod Grochowiskami zakończyła się sukcesem powstańców, okupionym jednak ciężkimi stratami. Liczbę zabitych szacują historycy na około 200 osób po obu stronach. Również żuawi po raz kolejny doznali dotkliwego uszczerbku. Wspominaliśmy już, że nieoceniony pamiętnikarz, Filip Kahane, stracił pod Grochowiskami rękę. Identyczny los spotkał jego towarzysza broni: Władysława Zwierkowskiego. Obaj jednak, po wykurowaniu się i dojściu do zdrowia, wrócili jeszcze na krótko do oddziału, który wraz z Langiewiczem i jego osłabioną i wykrwawioną w ciężkich bojach partią opuścił Królestwo Polskie i udał się do Galicji. „Ku mojej radości znalazłem w obozie mego dzielnego dawniejszego dowódcę Rochebrune w randze jenerała. On też mnie poznał i powitał słowami Voila-le brave entre des braves. Hej Hej”[18]mówi Kahane.

(5)Za wolność Waszą i Naszą

Władysław Zwierkowski, żuaw śmierci, pod Grochowiskami utracił lewą rękę.

OSTATNIE AKORDY DZIAŁALNOŚCI ROCHEBRUNE’A W POLSCE

Francois Rochebrune, nominowany na generała po tym, jak dowiódł swego kunsztu pod Grochowiskami, był nawet brany pod uwagę na stanowisko dyktatora powstania. Nominacji tej sprzeciwił się jednak Rząd Narodowy. Niezwykle ambitny Francuz nie przełknął tej gorzkiej pigułki i na pewien czas wycofał się z działań powstańczych. Jak informuje nas nieoceniony Sambra, Kahane: „Obrażony Rochebrunne zdarł z siebie mundur jeneralski, oddał pałasz ofiarowany mu przez Francję i porzucił Polskę na zawsze. Mówiono mi potem, że poległ podczas komuny francuskiej”[19]. Pamiętnikarz rozmija się tutaj nieco z prawdą, gdyż Rochebrune jesienią 1863 r. powróci jeszcze do Polski i będzie dowodził oddziałem na Wołyniu, poniesie jednak klęskę pod Poryckiem. Za udział w polskim powstaniu zostanie odznaczony we Francji Legią Honorową, a przez kilka kolejnych lat będzie rzecznikiem i orędownikiem sprawy polskiej. Śmierć znajdzie w wojnie francusko-pruskiej w 1870 r. (nie dożyje zatem Komuny Paryskiej).

Niestety  ani udział zagranicznych ochotników, w tym najsłynniejszych spośród nich – żuawów śmierci Rochenbruna – ani też pomoc rewolucjonistów i demokratów rosyjskich (jak Potiebnia) nie były w stanie zrekompensować gigantycznej przewagi militarnej armii rosyjskiej nad polskimi powstańcami. Brak pomocy któregokolwiek z wielkich mocarstw i ogólnie niekorzystna koniunktura międzynarodowa dla powstania styczniowego (mimo przychylności europejskiej opinii publicznej) zadecydowały o jego klęsce. Karty, które zapisali w dziejach styczniowej insurekcji obcokrajowcy, choć nie miały ostatecznego wpływu na losy powstania, należą jednak do najciekawszych i najbarwniejszych.

[1] Ostatnią wielką akcją Świętego Przymierza było zdławienie powstania węgierskiego w 1849 r.

[2] Przy czym w XIX wieku określenie „narodowy” nie miało na ogół negatywnych konotacji, a nacjonalizm nie był przeważnie ideologią agresywną.

[3] Józef Nieczuja Miniewski, Jego udział w powstaniu styczniowym…, Lwów 1918

[4] S. Grzegorzewski, Wspomnienia osobiste z powstania 1863 r. [w:] W czterdziestą rocznicę powstania 1863, Lwów 1903

[5] M. Rembacz, Z biegu życia wspomnień kilka dla pamięci młodego pokolenia, [w:] Pamiętniki chłopów – powstańców 1863 r., red. E. Kozłowski, Kraków 1983, s. 37.

[6] F. S. Kahane, Dzieje Żuawa, [w:] W czterdziestą rocznicę powstania 1863, Lwów 1903, s. 160.

[7] M. Rembacz, s. 34.

[8] F. S. Kahane, s. 161.

[9] Tamże, s. 166.

[10] Krótki biogram Filipa Kahane’a, Polaka mojżeszowego wyznania, znajduje się na stronie internetowej wirtualny sztetl: http://www.sztetl.org.pl/pl/article/sierpc/7,organizacje-i-stowarzyszenia/9179,filip-kahane/ data wejścia 12.08.2014 r.

[11] F. S. Kahane, s. 161.

[12] Tamże.

[13] Tamże.

[14] Tamże.

[15] Tamże, s. 162.

[16] Tamże, s. 166.

[17] Tamże, s. 165.

[18] Tamże, s. 165.

[19] Tamże, s. 169.

Komentarze